Wzrost kontra prędkość, czyli jak Akceleratory zastępują Inkubatory.


Case study, Rozwój / wtorek, Wrzesień 1st, 2015

Inkubatory przedsiębiorczości rozczarowują. Ich cele są mało precyzyjnie nakreślone i dlatego nie potrafią właściwie pomagać przedsiębiorcom – orzekli analitycy z Fundacji Kauffmana. Coraz więcej inkubatorów na świecie przekształca się w wielozadaniowe akceleratory. A w Polsce?

Amerykański rynek start-upowy jest bardzo aktywny. Nic więc dziwnego, że działa na nim – bagatela – 1,4 tys. różnej maści inkubatorów. Nie jest to, rzecz jasna, branża o jednolitym charakterze. Zakres działania poszczególnych inkubatorów jest różny: od miejsc oferujących kawałek darmowej przestrzeni biurowej z dostępem do sieci, po przedsięwzięcia, które doradzają w rozwijaniu biznesu, pomagają określać strategię, tworzyć rozbudowane biznesplany, a nawet pozyskiwać pieniądze.

Na podobnej zasadzie działa także polski rynek inkubatorów. Na przykład wspierane przez warszawski ratusz Centrum Przedsiębiorczości Smolna to głównie przestrzeń biurowa, podczas gdy jedne z największych na rynku i najdłużej działające Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości oferują takie „dodatki”, jak mentoring, warsztaty biznesowe i z zakresu psychologii biznesu czy spotkania networkingowe.

Biorąc pod uwagę rozległość i brak uporządkowania całej branży, specjaliści z zajmującej się edukacją biznesową Fundacji Kauffmana zaczęli zastanawiać się, jaki właściwie jest pożytek z tak niejednoznacznego modelu wspierania przedsiębiorczości. Na podstawie tego, co się dzieje na rynku start-upów, przeanalizowali jego rzeczywisty wpływ na biznes. Wnioski są katastrofalne dla inkubatorów.

Tajemnica poufnego raportu

Analitycy Fundacji porównali, jak rozwijają się firmy, które znalazły się w programach inkubacyjnych, z tymi, które nigdy z propozycji inkubatorów nie skorzystały. Zebrali dane z 35 opracowań przygotowanych na wyższych uczelniach, a zajmujących się podobnym problemem. Wśród nich znaleźli… tylko jedno badanie pokazujące, że spółki przechodzące przez mechanizm inkubatorów wykazują się wyższym wzrostem zatrudnienia oraz przychodów od tych, które od powstania radziły sobie samodzielnie.

Z drugiej jednak strony okazało się, że ich tzw. wskaźnik przetrwania jest niższy – te, które nie korzystały ze wsparcia, są szybciej zamykane. Można więc wysnuć wniosek, że wsparcie wprawdzie pomaga rosnąć, ale pozbawia nastawienia do samodzielnego dbania o firmę. Eksperci Fundacji Kauffmana uznali jednak, że różnice te są na tyle marginalne, iż można je raczej pominąć.

– Nie znaleźliśmy żadnego potwierdzenia tezy, że firmy, które dostały wsparcie inkubatorów, radzą sobie lepiej – podsumowuje Emily Fetsch, analityk z Fundacji Kauffmana.

To jednak uproszczony wniosek, wynikający z dość powierzchownego porównania. Trzeba bowiem wziąć pod uwagę, że w inkubatorach znajdują się zupełnie inni przedsiębiorcy niż ci, którzy są gotowi na samodzielny rozwój biznesu. Są to osoby nie tylko mniej doświadczone, ale przede wszystkim mniej samodzielne, słabiej przygotowane i ze słabszym zapleczem zarówno wiedzy, jak i pieniędzy. Ci najbardziej ambitni i ci z najmocniejszym instynktem biznesowym nie potrzebują takiej asysty.

 – Wyniki raportu Fundacji Kauffmana nie są wcale złe. Przeciwnie. Widać, że inkubatory potrafią niwelować różnice między lepiej i gorzej przygotowanymi do prowadzenia biznesu, ale wciąż pełnymi zapału przedsiębiorcami. Ich asysta jest przydatna – mówi Rafał Agnieszczak, przedsiębiorca, który założył własną Start-up School, rodzaj wakacyjnych warsztatów dla młodych przedsiębiorców.

Z wnioskami się wstrzymajmy

Trze­ba uczci­wie przy­znać, że ba­da­nie Fun­da­cji Kauf­f­ma­na było zbyt ogól­ne, by wy­snuć wią­żą­ce wnio­ski, czy i jak in­ku­ba­to­ry mo­gły­by le­piej dzia­łać. Fak­tem jest, że tego typu wy­lę­gar­nia start-upów prze­cięt­nie za­trud­nia dwie osoby i wspie­ra 25 firm jed­no­cze­śnie.

Już sama ta pro­por­cja rodzi wąt­pli­wo­ści, na ile sku­tecz­ne może być in­ku­bo­wa­nie przy tak nie­wiel­kim wspar­ciu. Śred­nio każda firma może li­czyć na pół­to­ra dnia pracy z jed­nym tylko do­rad­cą. Nie wspo­mi­na­jąc przy tym, że przy­da­li­by się spe­cja­li­ści z róż­nych dzie­dzin – od do­radz­twa fi­nan­so­we­go, przez sprze­daż i mar­ke­ting, po za­rzą­dza­nie.

Po­waż­nym man­ka­men­tem in­ku­ba­to­rów jest to, że dzia­ła­ją tro­chę jak zwy­kłe prze­strze­nie co­wor­kin­go­we, tyle że za darmo – w jed­nym miej­scu ze­bra­ni są bar­dzo różni przed­się­bior­cy, bez pre­cy­zyj­ne­go okre­śle­nia ram cza­so­wych ich po­by­tu w sta­nie in­ku­ba­cji (za­sa­dą jest, że firmy dwu-, trzy­let­nie po­win­ny się już usa­mo­dziel­nić).

Ak­ce­le­ra­to­ry biz­ne­su znacz­nie do­kład­niej de­fi­niu­ją swój pro­gram po­mo­co­wy. Okre­śla­ją czas ak­ce­le­ra­cji (zwy­kle nie prze­kra­cza on kilku mie­się­cy), w cza­sie któ­re­go or­ga­ni­zu­ją uczest­ni­kom in­ten­syw­ną edu­ka­cję, ne­twor­king i przy­spie­szo­ne „doj­rze­wa­nie” w świe­cie biz­ne­su. W za­mian sto­su­ją jed­nak dość gęste sito, w kilku eta­pach re­kru­ta­cji od­rzu­ca­ją naj­słab­szych przed­się­bior­ców i naj­gor­sze – ich zda­niem – po­my­sły.

Fun­da­cja Kauf­f­ma­na za­uwa­ży­ła zresz­tą, że suk­ce­sy ta­kich ak­ce­le­ra­to­rów jak Y Com­bi­na­tor czy Tech­stars (pierw­szy ma na kon­cie suk­ce­sy ta­kich firm jak Drop­box, Airbnb czy Red­dit) za­chę­ca­ją in­ku­ba­to­ry do prze­kształ­ca­nia się w ak­ce­le­ra­to­ry. Trend ten trwa już trze­ci rok.

– Na razie nikt nie przebadał także skuteczności działania akceleratorów, a postrzeganie branży właśnie przez pryzmat takich organizacji jak Y Combinator czy Techstars jest błędem. To firmy z największymi sukcesami, które nie są reprezentatywne dla całego rynku – mówi Emily Fetsch.

Inkubatory dla inkubatorów

Trend do transformacji inkubatorów w akceleratory może być więc tylko modą.

– Poza tym nie traktowałbym akceleratorów jako rozwiązania alternatywnego. Jedni przedsiębiorcy są gotowi do robienia biznesu samodzielnie, potrzebują tylko wsparcia infrastrukturalnego (biuro, serwer i łącze internetowe), podczas gdy inni przychodzą z pomysłem, który musi być jeszcze dopracowany, i potrzebują wsparcia merytorycznego – podkreśla Rafał Agnieszczak.

Różnorodność jest pożyteczna. Inkubatory powstają zwykle za publiczne pieniądze, głównie w otoczeniu uczelni. Mają ambicje zostania zapleczem dla młodych ludzi, którzy chcą zaryzykować pracę na własny rachunek. Akceleratory z kolei można policzyć na palcach. Niektóre rodzime inicjatywy, jak poznański Huge Thing, w ogóle zakończyły już żywot.

To się jednak zmienia i to nie za sprawą ludzi zniechęconych inkubowaniem biznesu. W grę wchodzi raczej import instytucji zagranicznych, które zdobyły doświadczenie na innych rynkach, jak choćby amerykański Founder Institute czy OrangeLab, działający jako łowca talentów dla telekomunikacyjnej grupy Orange.

Filip Kowalik

Dodaj komentarz