Własny biznes jest jak maraton. Dopiero po 30 km zaczynają się problemy.

Ludzie często myślą, że gdy rzucą pracę w korporacji i założą własną restaurację, stronę z zakupami grupowymi, firmę odzieżową, aplikację czy spółkę z opatentowanym rozwiązaniem, to po pierwszych krokach formalnych, kilku telefonach i dogadaniu logotypu z grafikiem – czekają ich tłuste lata i elastyczny czas pracy. Na tym etapie mamy do czynienia z tak zwanym startupostwem.

Start to piękny okres w życiu przedsiębiorstwa. Niefrasobliwy i pełen wiary. Świat wydaje się czekać na realizację pomysłu młodego przedsiębiorcy. Wszystkim się wydaje, że tego czegoś nie da się zrobić. Albo że nie warto. I wtedy wchodzi on – młody gniewny. On nie wie, że się nie da. I dlatego on to właśnie zrobi. Ale bardziej prawdopodobne, że tego nie zrobi. Bo biznes udaje się tylko tym, którzy spełniają mordercze wymagania.

Fantazje i marzenia

Do naszego funduszu co miesiąc zgłasza się kilkadziesiąt pomysłów na różnych etapach rozwoju. Czuję się więc na siłach powiedzieć, co czeka tych ludzi za dwa, trzy, pięć czy dziesięć lat, jeśli zdecydują się podjąć rękawicę i zacząć na własną rękę.

Po pierwsze będziemy mieli do czynienia ze startupostwem. Po wygenerowaniu pomysłu młody przedsiębiorca będzie sprawdzał, czy produkt zadziała. Będzie szukał potencjalnych klientów „na zaś”– bo przecież na etapie startupostwa nie ma jeszcze produktu. Będzie fantazjował na temat potrzeb grupy docelowej. Będzie również wysłuchiwał od znajomych, jaki to cudowny pomysł i że na pewno już za chwilę odniesie sukces.

Po etapie czysto teoretycznym każdego marzyciela czeka etap tworzenia produktu, aplikacji czy strony. Już tu mogą się pojawić pierwsze trudności i pierwsze zaciskanie pasa, bo jak wiadomo tworzenie kosztuje. Czasem młodego przedsiębiorcę wspiera inkubator i dzięki temu możliwe jest beztroskie dopieszczanie pomysłu. Jest ekspres, mamy kawę, nawet mleczko, niedaleko siedzi specjalista od SEM i WordPressa.

Przyspieszenie i rozwój

To zwy­kle mo­ment, w któ­rym trze­ba po­świę­cić się te­ma­to­wi na 100 pro­cent. Im póź­niej ten mo­ment na­stę­pu­je – tym le­piej. Ide­al­nie jest, gdy mo­że­my rzu­cić kor­po­ra­cję i sku­pić się w 100 pro­cen­tach na wła­snej fir­mie wtedy, gdy są już przy­cho­dy i idzie do­brze. Go­rzej, je­że­li jest tak, że “jeśli nie sku­pię się w 100 pro­cen­tach na te­ma­cie, to ten temat nigdy nie wy­pa­li”. Na tym eta­pie czę­sto wcho­dzi anioł biz­ne­su i za­bie­ra część udzia­łów.

Po około dwóch – trzech la­tach, może 10 proc. po­my­słów do­cho­dzi do fazy, w któ­rej przed­się­bior­ca za­czy­na za­ra­biać ja­kieś małe pie­nią­dze. Praw­do­po­dob­nie mniej niż na eta­cie, ale na tyle, że star­cza na życie.

Jeśli wiatr wieje fir­mie w żagle, to za­czy­na ro­snąć szyb­ciej. Tyle że wzrost wy­ma­ga pie­nię­dzy. Po­ja­wia się więc po­trze­ba ko­lej­ne­go, więk­sze­go in­we­sto­ra, ja­ki­mi są fun­du­sze Ven­tu­re Ca­pi­tal. To jest czę­sto ten mo­ment, w któ­rym star­tu­po­wiec, prze­mie­nia się przed­się­bior­cę. Prze­szedł nie­jed­no i już bar­dzo, ale to bar­dzo do­brze zna swój rynek. Pie­nią­dze dla niego wciąż są nie­wiel­kie, a praca gi­gan­tycz­na. Po­ja­wia­ją się dy­le­ma­ty, czy sko­rzy­stać z ka­pi­ta­łu od fun­du­szu typu ven­tu­re i jesz­cze bar­dziej się „roz­wod­nić”, czy też kon­ty­nu­ować temat o wła­snych si­łach. I na tym eta­pie firmy, któ­rym za­le­ży na szyb­kim roz­wo­ju, czę­sto de­cy­du­ją się sko­rzy­stać z ka­pi­ta­łu z ze­wnątrz.

Pot i łzy

Wy­da­je się, że teraz już bę­dzie lżej. Ale nie! Po do­fi­nan­so­wa­niu rol­ler­ca­ster za­czy­na się od nowa. Skoro są pie­nią­dze, to mo­że­my re­kru­to­wać – za­trud­nić ludzi od sprze­da­ży, jeź­dzić na targi za­gra­nicz­ne, po­pra­wić pro­dukt. Firma usztyw­nia struk­tu­ry i pro­ce­du­ry. Przed­się­bior­ca si­wie­je w wieku 33 lat. Przy całej tej go­ni­twie to oczy­wi­ście opty­mi­stycz­ny sce­na­riusz, bo świad­czy o tym, że firma prze­trwa­ła, a nawet ma się do­brze.

Prędzej czy później jednak pieniądze pozyskane od funduszu VC się kończą. W pozytywnym scenariuszu dzieje się to wtedy, gdy wypracowanych pieniędzy starcza dla pracowników, kontrahentów i nawet dla przedsiębiorcy, który kiedyś tak pięknie marzył o odejściu z korpo… Ale nawet, jeśli przychody są wystarczające – wciąż pojawiają się wyzwania. Bo walka i rollercaster raczej nigdy nie ustają. Chyba, że sprzedamy firmę lub… zbankrutujemy.

Gdy młody przedsiębiorca zakłada spółkę, sam lub ze wspólnikami, to ma około 5 proc. szans na przetrwanie. Na początku pomysły wspierane są zawsze przez fundusze 3F: „family, friends & fools”, których zasoby i cierpliwość siłą rzeczy szybko się kończą. Część przedsiębiorców straci siłę i determinację w obliczu pierwszych kryzysów. A część pomysłów od początku nie miała sensu. Do nas, funduszu Inovo, trafia ponad sto spółek kwartalnie. My z tych spółek inwestujemy zaledwie w 2-5 proc.

Maraton i ultramaraton

Maraton ma 42 195 m. Niektórzy startuperzy z inkubatorów mieli szansę sprawdzić się w biegu warszawskim na 5 km. Niektórzy nawet na 10 km. Ale to jest nic. To jest jak wymyślenia pomysłu i zrobienie prezentacji lub spisanie media planu w modelu canvas. A i tak już kilku złapał skurcz.

Zawodnicy, którzy startują w maratonie w drugiej połowie biegu, zwykle około trzydziestego kilometra, doświadczają kryzysu, zwanego ścianą maratońską. Nawet najlepiej przygotowani czują, że już nie mają siły. W głowie pojawia się myśl: „Mam dosyć”.

To samo dzieje się w biznesie. Prędzej czy później pojawia się ściana. Pierwsza z serii. U startupowców chowanych pod szklanym kloszem, przy pierwszej ścianie pojawi się przemożna chęć powrotu do korporacji. Aby ten stan pokonać, potrzebne są i treningi, i praca nad psyche.

Stworzenie naprawdę dobrze funkcjonującej firmy jest jak 100-kilometrowy ultramaraton albo bieszczadzki Bieg Rzeźnika. To niewyobrażalny wysiłek. Ktoś, kto nigdy nie prowadził firmy, nie ma pojęcia, z iloma wyrzeczeniami i kryzysami przyjdzie mu się zmierzyć. W takim biegu ścian jest więcej niż jedna, jest ich dziesiątki. A osiągnięcie celu trwa latami.

Selekcja na bramce VC

Inwestujemy w firmy od momentu, gdy jest w nich przedsiębiorca. Poświęcamy masę czasu na rozpoznanie, czy mamy do czynienia ze startuperem czy jednak już z przedsiębiorcą. W przypadku Inovo sprawdza się jak dotąd obserwacja, że największe szanse mają te przedsiębiorstwa, które tworzą ludzie świetnie się znający na konkretnej dziedzinie. Gdy pracujesz w branży hotelarskiej – prawdopodobnie dostrzegasz jakieś braki i na takiej niszy można już budować. Takie podejście jest znacznie lepsze niż “zróbmy aplikację do zamawiania jedzenia online, bo na pewno taka jest potrzebna”.

Jest jeden haczyk w mojej metaforze. Ludzie biorący udział w maratonie wiedzą, na co się piszą. Wiedzą, że maraton to wyrzeczenia i że wymaga przygotowań. Niektórzy ludzie zaczynający prowadzenie firmy czasami mają tego świadomość, ale często uważają te pogłoski za mocno przesadzone. Wierzą, że im ściana się nie przytrafi, bo są lepiej przygotowani niż inni. A przytrafi się na 100 proc. Lepiej mieć świadomość, że czeka nas kilka lat bez wakacji i gigantyczna męczarnia, której znajomi i przyjaciele nie będą rozumieć. Kochajcie więc pracę u bliźniego swego jak u siebie samego.

Tomasz Swieboda, Prezes Zarządu Inovo