Widzę się! Czyli, co człowiek o sobie samym wie, jak się sam ocenia i jakie maski w życiu wkłada?

Nawet jeśli nie należymy do grupy poszukiwaczy sensu świata i własnego życia, zastanawiamy się nad sobą przynajmniej od czasu do czasu. Pytamy: kim jestem? lub jaka/jaki jestem? w chwilach wątpliwości lub życiowych zmian. Kim jestem, czy naprawdę chcę to zrobić? Jaka jestem, czy potrafię wychować dziecko? Kim jestem, jak sobie poradzę po jej śmierci?

Odpowiedź na różne warianty pytania: kim jestem? jest fundamentalna, bo decyduje o naszych wyborach determinujących działania (lub ich brak), które krok po kroku kształtują nasze życie.

Nasze spostrzeganie samych siebie przesądza, czy i jak wchodzimy w relacje z innymi ludźmi, jak widzimy swoją przeszłość i projektujemy przyszłość, o czym i jak myślimy, jak się czujemy. Ba, nawet o tym, co jemy. W efekcie odczucia i przekonania na własny temat przesądzają o radzeniu sobie z życiowymi wyzwaniami, takimi jak wybór zawodu i jego wykonywanie, tworzenie związków, przeciwdziałanie przeszkodom czy akceptowanie strat. Właśnie dlatego mamy w psychice struktury i mechanizmy, które nieustannie monitorują to, kim/jacy jesteśmy – zarówno w ogóle, jak i teraz, w tej konkretnej sytuacji. Zasadniczy mechanizm tego typu został nazwany efektem cocktail party. Kiedy w trakcie angażującej rozmowy z koleżanką, prowadzonej na głośnym korytarzu, ktoś z tłumu wypowie nasze imię, słyszymy je i szukamy jego źródła. Informacje, które nas dotyczą, odbieramy nawet wówczas, gdy nasza uwaga jest całkowicie czymś pochłonięta.

Kim jestem/jaka jestem: Czy mam na to ochotę? Czy powinienem to zrobić? Skąd się wzięłam? Ile jestem wart? Czy zasługuję na miłość? Jak widzą mnie inni? W psychice mamy nie tylko mechanizmy, lecz także całe struktury odpowiedzialne za dostarczanie odpowiedzi na te pytania:

• Dysponujemy świadomym obrazem siebie, w psychologii nazywanym Ja.

• Mamy tożsamość określającą nasze – niekoniecznie świadome – związki z różnymi aspektami siebie i otoczenia.

• Wartościujemy siebie, mając taką, a nie inną samoocenę.

• Nakładamy maski, chcąc wywrzeć określone wrażenie, żeby przetrwać w świecie społecznym.

Nasza percepcja siebie ma różne źródła, jest wielowątkowa. To może powodować wewnętrzne rozbieżności, które – zwłaszcza jeśli są nieuświadomione – bywają przyczyną przygnębienia lub lęku, powodujących nieznośny czasem ból.

Julia każdego ranka wypija szklankę wody, po czym przebiega pięć kilometrów, co wynika z jej przekonania o posiadaniu wpływu na swoje zdrowie. To przekonanie, oddziałujące także na jej sposób odżywiania się, owocuje niezłą kondycją fizyczną. Jeśli Julia usłyszałaby diagnozę raka, jest spora szansa, że – od lat przeświadczona o skuteczności swoich prozdrowotnych zabiegów – dostosowałaby się do zaleceń lekarzy, co pozwoliłoby jej dożyć późnej starości. Nikt ze znajomych Julii nie domyśliłby się, że oddałaby rok życia za zagranie jednego koncertu. Kobieta jest głęboko nieszczęśliwa, choć w opinii otoczenia osiąga wszystko, czego chce.

Paweł, uważający się za człowieka skazanego na samotność, po kilku spotkaniach przestaje odbierać telefony potencjalnych partnerek. Ma za sobą kilkuletni związek, w którym bywał szczęśliwy i zarazem doświadczał silnego poczucia nieadekwatności. Czuł, że dobry związek mu się nie należy, i przez większość czasu raczej odgrywał bycie w nim, niż faktycznie w nim był. Kochająca go dziewczyna odeszła, nie mogąc znieść nagłych zmian jego zachowania. Teraz Paweł żyje sam, choć wcale tego nie chce. Tęskni za związkiem.

Paweł cierpi, bo spostrzega siebie jako „wiecznego samotnika” i jednocześnie chciałby być w bliskiej, ­długotrwałej relacji. Skąd wzięły się sprzeczne, nieprzystosowawcze przekonania Pawła? Dlaczego mężczyzna ignoruje swoją potrzebę bycia w stałym związku? Czemu ta jego potrzeba przegrywa w zestawieniu z ucieczkowym samotnictwem? Z czego konkretnie wynikają nasze problemy w spostrzeganiu siebie, rodzące mnóstwo innych trudności, takich jak brak akceptacji swojego ciała, swoich emocji czy pomysłów na życie, niechęć wobec otoczenia, nierealistyczne oczekiwania, stagnacja?

Ja, czyli jak tworzymy swój ­autoportret

Duża część psychicznej aktywności pozostaje dla nas ukryta, pomimo że wywiera na nas silny wpływ. Wiele psychicznych „podzespołów” – spostrzeżeń, emocji, przekonań, zamiarów, predyspozycji – pozostaje dla nas tajemniczych, nieświadomych.

W często mglistej percepcji siebie Ja jest punktem centralnym, bo świadomym. Wspaniały polski psychiatra Antoni Kępiński nazywał Ja autoportretem. Pojęcie Ja określa to, co o sobie wiemy, myślimy. Na ile jednak nasze Ja – więc również nasze decyzje – są nasze własne? Jakie są źródła naszych obrazów siebie?

Wyobraź sobie sytuację niemowlęcia, które nie ma struktury psychicznej (nie pamiętamy najwcześniejszych etapów życia dlatego, że nie dysponowaliśmy jeszcze strukturami odpowiedzialnymi za pamięć) i jest w pełni uzależnione od otoczenia. Tym, co niemowlę posiada, są podstawowe potrzeby – jedzenia, ciepła, przytulenia, oraz odruchy – ssania, płaczu, uśmiechu. Kiedy taka maleńka istota jest głodna – płacze. Kiedy ktoś przyjdzie i ją nakarmi – uspokaja się, uśmiecha. Wyobraź sobie, że niemowlę jest zmarznięte i płacze, jednak nikt się nie zjawia, nie przytula go, nie okrywa. I że dzieje się tak raz za razem. Jeśli we wczesnej fazie życia dziecko ma więcej doświadczeń negatywnych niż pozytywnych, to zyskuje podstawową wiedzę: jestem bezradne, zanurzone w nieprzyjaznym świecie. Na tej wiedzy – bo innej nie ma, a nie potrafi krytycznie oceniać rzeczywistości jak człowiek dorosły – zaczyna konstruować swoje Ja. Z takimi bezradnymi, nieświadomymi fundamentami Ja dziecko wchodzi w kolejne fazy życia. Zaczyna chodzić, mówić, wypróbowywać rzeczywistość, wyrażać emocje.

Wyobraź sobie trzyletniego Pawełka, który uderza klockiem w podłogę, bo potrzebuje zainteresowania. Kiedy tacie zaczyna to przeszkadzać, reaguje gwałtownym: „Przestań!”. Rodzic szybko reflektuje się, że zareagował zbyt ostro i wyjaśnia maluchowi: „Tak nie wolno”. Jednak dziecko nie wie, czego dokładnie ani dlaczego robić nie należy. Jedyne, co rozumie, to że istotna jego część – tęsknota za bliskością – nie jest akceptowana. Nie wolno jej wyrażać, więc lepiej jej nie czuć. W efekcie Pawełek odcina się od tej części siebie. Jeśli wcześniej nauczył się bezradności, robi to bezwzględnie. Według Carla Rogersa konsekwencją ­takiego wewnętrznego odcięcia jest rozbieżność między doświadczeniem a świadomością. Dorosły Paweł pragnie intymnego związku, jednak nie zdaje sobie z tego sprawy. Brak wewnętrznej spójności powoduje w nim lęk, sztywność i tendencje ucieczkowe.

Dorastając, dziecko słyszy kolejne zakazy i nakazy. Bliskie mu osoby, od których wciąż jest zależne, zaczynają dzielić się z nim swoimi wizjami – jego jako dorosłego, życia dobrego i złego. Jako mała dziewczynka Julka często słyszała rodziców chwalących grę na gitarze jej starszego brata. Ponieważ jej gry na pianinie właściwie nie zauważano, dziewczynka bezwiednie wywnioskowała, że nie będzie dobrym muzykiem. W jej domu często mówiło się o wpływie na własne życie. Rodzina poświęcała też dużo uwagi finansowym kłopotom i częstym chorobom Julki, dlatego dziewczynka wzięła na siebie odpowiedzialność za swoje zdrowie i utrzymanie. W efekcie wytworzyła w sobie Ja idealne – zgodne z tym, jaka chciałaby być na skutek przyswojenia rodzicielskiego przekazu, mobilizujące ją do kontrolowania swojego stanu fizycznego i romantycznych pomysłów na życie. Na poziomie Ja realnego – czyli tego, jak siebie spostrzegała – Julka była rockową perkusistką podobną do swojego brata. Niespójność między dwiema koncepcjami siebie – idealną a realną – stała się źródłem doświadczanego przez Julię braku samoakceptacji. Jak wynika z badań i teorii Tory’ego Higginsa, ta niespójność powoduje u dojrzałej Julii nieomal nieustanne uczucie niespełnienia, okresowo przeradzające się w depresję.

Nasz obraz siebie może być niespójny, a w efekcie kłopotliwy, również na skutek innych wewnętrznych rozbieżności. Według Higginsa elementem naszych obrazów siebie jest Ja powinnościowe, formujące się pod wpływem przekazu kulturowo-społecznego. Wyobraź sobie sytuację osoby, która definiuje siebie jako lesbijkę lub geja, a zarazem spostrzega swoje środowisko jako wymagające heteroseksualności. Niespójność między Ja realnym („Jestem lesbijką; Jestem bezrobotny”) a Ja powinnościowym („Powinnam mieć męża; Powinienem mieć pracę”) powoduje napięcie, lęk, poczucie winy.

Jest jeszcze jedna komplikacja: Ja realne, Ja idealne i Ja powinnościowe mogą pozostawać w różnej relacji do tego, jacy faktycznie jesteśmy – do naszego rzeczywistego potencjału. Zważywszy na cechy wrodzone, wykształcone umiejętności i ważne dla siebie motywacje, Julia mogłaby być np. świetną florystką. Na razie jednak związane z tym właściwości są dla niej ukryte, od lat męczy się, pracując w bankowości.

Tożsamość, czyli jak budujemy swoją odrębność w świecie

Gdyby nasze spostrzeganie siebie było uzależnione tylko od świadomości – to byłoby trudne, czasami piekielnie. I nie chodzi tylko o problem z uzgadnianiem różnych rodzajów swojego Ja – realnego, idealnego, powinnościowego. (Również niepożądanego, które opisuje Higgins, i możliwego, badanego przez Hazel Markus). Chodzi także o to, że wymienione rodzaje Ja w różnych sytuacjach mają różne warianty. Klasyk problematyki Ja William James twierdził, że mamy tyle Ja, ile jest osób, z którymi się kontaktujemy. Wyobraź sobie, że nasza świadomość musi bezustannie negocjować ze sobą odmienne wersje Ja – to, jaka jestem w pracy, z tym, czego oczekuje ode mnie teściowa, i tym, jak przyzwyczaili się mnie widzieć przyjaciele. Świadomość, wystarczająco obciążona codziennymi obowiązkami i zadaniami, nie dałaby rady zapewnić nam poczucia wewnętrznej spójności i ciągłości, koniecznego dla zachowania dobrej psychicznej kondycji.

W zróżnicowaniu i wielowariantowości swoich Ja kompletnie byśmy się gubili, gdyby nie tożsamość, dostarczająca nam w większości nieświadomego, lecz zwykle stabilnego punktu odniesienia. Naszą tożsamość buduje kilka doświadczeń.

• Pierwszym z nich jest poczucie własnej ciągłości, pomimo upływu czasu i zachodzących zmian.

• Drugim jest poczucie wewnętrznej spójności, czyli tego, że nasze odczucia, myśli, zamiary są nasze i jakoś ze sobą związane.

• Trzecim jest poczucie posiadania wewnętrznej treści – tego, że coś się we mnie dzieje, coś przeżywam, nawet w samotności.

• Wreszcie czwarte istotne doświadczenie: tożsamość zawdzięczamy poczuciu odrębności od otoczenia i zarazem posiadania z nim określonych związków.

O tożsamości, zapewniającej nam życiodajne poczucie względnie stabilnych związków z samym sobą i środowiskiem, można myśleć jako o skomplikowanym zespole relacji. Tożsamość dobrze działająca zakorzenia nas we własnych ciałach i przeszłości, pozwala nam projektować przyszłość. Łączy nasze oceny i decyzje ze spostrzeżeniami i emocjami. Mówi nam, że nasze ciała są czymś innym niż krzesła, na których siadujemy, a nasze odczucia są względnie niezależne od uczuć i oczekiwań ludzi, z którymi jesteśmy związani albo od których się odcinamy.

W sytuacji zróżnicowania Ja poczucie tożsamości bywa wybawieniem pozwalającym nam rozpoznawać się rano w lustrze, planować i przeżywać kolejny dzień. Jednak nie zawsze tak jest. Jeśli człowiek dozna rozległego oparzenia, które znacząco zmieni wygląd jego ciała, będącego bazą doświadczania tożsamości, jego związek z samym sobą może zostać przerwany. Podobnie będzie w przypadku osoby, która na skutek wypadku utraci pamięć i kontakt ze swoją przeszłością. Tożsamość może zostać zaburzona także częściej przytrafiającymi się ludziom katastrofami, takimi jak niewystarczająca lub nadmierna opieka we wczesnym dzieciństwie.

Zdaniem Margaret Mahler, jeśli niemowlę między drugim a szóstym miesiącem życia nie przeżyje pełnego połączenia z opiekunem – zwykle matką – to grozi mu zamknięcie się w sobie, ucieczka w świat wyobrażeń. Kiedy takie niemowlę dorośnie, jego spostrzeganie siebie będzie uzależnione od relacji z innymi, co może przejawiać się poważnymi trudnościami z ustalaniem granic między sobą a otoczeniem czy poczuciem wewnętrznej pustki. Takie poczucie może z kolei prowadzić do tendencji autodestrukcyjnych znajdujących wyraz w samookaleczeniach, zaburzeniach odżywiania czy skłonnościach samobójczych.

Zgodnie z teorią Mahler zaburzenia tożsamości mogą mieć źródło także w nieco późniejszym dzieciństwie. Potrzebę symbiozy niemowlęcia półrocznego zastępuje potrzeba separacji dziecka starszego. Dla dobrego rozwoju dziecko musi doświadczyć odrębności od dorosłego opiekuna, przy jednoczesnym poczuciu jego stabilnej obecności. Jeśli dorośli nie pozwalają maluchowi na samodzielne poznawanie świata, jeśli przełamują jego negatywizm („Wkładamy koszulkę – Nie! Czemu? – Bo nie! – I tak włożysz, wiesz o tym!”), karzą go „znikaniem” („Skoro się na mnie obraziłeś, już mnie dla ciebie nie ma”) lub ulegają wszystkim jego zachciankom – efekty mogą być odroczone, lecz na pewno się pojawią. Wkraczający w dorosłość człowiek, któremu nie stworzono warunków zaspokojenia podstawowych potrzeb we wczesnym dzieciństwie, może mieć kłopoty z wyborem samodzielnej ścieżki życiowej – z decyzją o odpowiednim dla siebie kierunku edukacji lub zawodu, z nawiązaniem lub utrzymaniem trwałego związku. Rezultatem może być przejęcie stylu życia rodziców, brak zaangażowania w relacje, studia czy pracę bądź „skakanie z kwiatka na kwiatek”.

Samoocena, czyli co mniemamy o swojej wartości

Kłopoty z zestrojeniem różnych aspektów Ja w spójny obraz siebie oraz turbulencje na drodze tworzenia własnej tożsamości nieuchronnie odbijają się na samoocenie. Tym terminem psycholodzy określają proces wartościowania siebie i będącą jego efektem zgeneralizowaną postawę (pozytywną lub negatywną) względem własnej osoby.

Ogromna liczba danych z badań prowadzonych na osobach w różnym wieku i reprezentujących różne kultury dowodzi, że większość ludzi cieszy się pozytywną samooceną, przekonaniem o własnej wartości i akceptacją siebie. Swoim zachowaniem dają oni przekaz: „Mam wiele powodów, aby być z siebie dumną; Lubię siebie; Potrafię robić różne rzeczy tak dobrze, jak większość innych ludzi”. Taki sposób oceniania i przeżywania siebie wiąże się z lepszym samopoczuciem psychicznym i fizycznym, poczuciem kontroli zdarzeń, mniejszym nasileniem lęków i skłonności depresyjnych.

Czym może objawiać się obniżona samoocena? Nadmierną koncentracją na swoich słabościach i niepowodzeniach, przekonaniem, że jest się do niczego i nie zasługuje się na miłość innych, ignorowaniem własnych potrzeb, nadmiernym reagowaniem na krytykę, przypisywaniem sobie winy za porażki („To przez moją głupotę”), a dopatrywaniem się przyczyn sukcesu w czynnikach zewnętrznych („Poszczęściło mi się”). Najczęściej jednak osoby o niskiej samoocenie okazują się tak naprawdę niepewne własnej wartości, a nie – przekonane o swojej całkowitej bezwartościowości. Należy mieć na względzie, że nieadekwatna samoocena może wynikać z niedostatecznego samopoznania i stanowi zawsze źródło cierpienia. Brak samouznania wpływa na trudności w utrzymywaniu bliskich relacji społecznych, w osiągnięciu autonomii, powoduje skłonności do agresji i autoagresji, depresję, niemożność rozwinięcia swojego potencjału i osiągnięcia celów życiowych.

Samoocena – podobnie jak inne cechy osobowości – jest uwarunkowana genetycznie (bliźnięta jedno­jajowe okazują się mieć bardzo podobną samoocenę, czego już nie można powiedzieć o bliźniętach dwujajowych). Jesteśmy zaprogramowani na utrzymanie w miarę dobrego mniemania o sobie. Dlaczego więc nie wszyscy je mamy? Szacuje się, że za poziom samooceny odpowiadają w połowie geny, natomiast pozostały wpływ na jego kształtowanie mają czynniki środowiskowe. To one odpowiadają za to, że zdarza nam się spotkać kogoś, kto zmaga się z kompleksami i poczuciem niższości.

Niezwykle ważnym źródłem samooceny jest też to, co myślą o nas inni, szczególnie zaś osoby znaczące, z których opinią bardzo się liczymy. W przypadku dzieci oddziaływanie przekazu z ich strony jest ogromne. Dzieci wiedzą o sobie tyle, ile usłyszą od bliskich, i stosownie do tego oceniają siebie. Dla większości dorosłych, mających względnie ukształtowany obraz siebie i stabilne poczucie tożsamości, krytyka – nawet druzgocąca – nie będzie aż tak niszcząca, choć na pewno sprawi dużą przykrość i uruchomi mechanizmy obronne oraz kompensacyjne (racjonalizowanie, zaprzeczanie, porównanie „w dół”), mające na celu podtrzymanie lub podniesienie samooceny.

Na ocenę siebie wpływa również to, jak postrzegamy efektywność własnych działań, jaki jest nasz bilans osiągnięć i porażek. Im więcej tych pierwszych, tym większe uznanie dla siebie. Tu włącza się mechanizm sprzężenia zwrotnego – bo im większe samouznanie dla siebie, tym większa gotowość do podejmowania nowych wyzwań, co daje szanse na odnoszenie kolejnych sukcesów i dodatkowe wzmacnianie poczucia własnej wartości. Natomiast ludzie o niskiej i niestabilnej samoocenie unikają wyzwań z obawy przed porażką, a gdy nawet podejmą się trudniejszego zadania, często (asekurancko) działają poniżej swoich możliwości, co przekłada się na kiepskie wyniki i utwierdza ich w przekonaniu o małej wartości własnej. Osoby o nieadekwatnym i niestabilnym poczuciu własnej wartości mają tendencję do nieświadomego uruchamiania różnych taktyk obronnych. To tzw. samoutrudnianie, które polega na angażowaniu się w działania obniżające szansę sukcesu, ale równocześnie zwalniające z odpowiedzialności za porażkę, zaś w przypadku powodzenia zwiększające osobistą chwałę.

Działający w tym trybie Paweł nie odbiera telefonów od dziewczyny, z którą się spotkał parę razy i która nawet mu się spodobała. Mężczyzna tłumaczy sobie, że teraz jest w pracy, więc nie może rozmawiać. W końcu telefon milknie na dobre.

Maski, czyli co pokazujemy na zewnątrz

Wydawać by się mogło, że nasze spostrzeganie siebie to sprawa mało optymistyczna. Jednak pozory mylą, o czym przekonuje analiza naszych codziennych masek. Ich stosowanie na pewnych etapach życia bywa bolesne, na innych konieczne, na jeszcze innych owocne.

Ronald Laing twierdził, że każdy człowiek posiada Ja prawdziwe, odpowiadające jego najgłębszej, indywidualnej istocie. Zauważył także, że zazwyczaj nasze Ja prawdziwe są od najwcześniejszych momentów życia gwałcone wymaganiami i oczekiwaniami innych ludzi.

Przyjrzyjmy się Julii. Kiedy była paroletnią dziewczynką, dźwięcznie uderzała sztućcami we wszystkie dostępne przedmioty – talerze, stoły, krzesła, prawie za każdym razem spotykając się z reprymendą. W efekcie mała Julka zaczęła udawać, że wcale nie ma ochoty bębnić. Zaczęła stwarzać pozory, że jest grzeczną, kontrolującą swoje odruchy dziewczynką. Po niedługim czasie Julka poczuła się grzeczną dziewczynką. „Dobrze ułożone” Ja fałszywe – maska – zastąpiło jej Ja autentyczne. Julka zapomniała, czego tak naprawdę pragnie.

Ta opowieść byłaby smutna, gdybyśmy nie uwzględnili bezwzględności świata społecznego. Odmieńcy mają w nim trudno. Dostosowując się do wymagań środowiska, nakładając oczekiwaną przez nie maskę, Julka umożliwiła sobie społeczną adaptację, która pozwoliła jej na jakie takie usadowienie się w życiu. Dorosłej Julii udało się zrealizować ważne dla siebie cele – szybko zaczęła na siebie zarabiać, a swoją pozycję zawodową ugruntowała na tyle, że mogła samodzielnie utrzymać dziecko, o czym marzyła.

Kiedy Julia dobiegła czterdziestki, a jej córka wyprowadziła się z domu, kobieta przez mniej więcej rok czuła się opuszczona, pusta. Po tym czasie zaczęła zauważać, czego oczekują od niej inni, jak ją widzą, jaka jest i pragnie być rzeczywiście. Julia uświadomiła sobie, że jej skłonność do kontroli samej siebie i rzeczywistości (przed którą córka uciekła na studia do innego miasta) była tak naprawdę nie jej. Była maską – zlepkiem Ja idealnego i powinnościowego – z którą się zidentyfikowała. Według Carla Gustava Junga stosowanie masek zgodnych z pełnionymi rolami (córki, matki, partnerki, współpracowniczki) jest naturalnym składnikiem przystosowania do ludzkiego świata, pozwalającym na przetrwanie. Częsty problem polega na tym, że zamiast dopasowywać swoje maski do Ja, dostosowujemy je do wymagań i standardów otoczenia (które rzadko pokazuje nam inne możliwości), po czym się z nimi utożsamiamy.

Bywa, że przez całą dorosłość, aż do śmierci, realizujemy wzorzec rozpoznany przez Lainga – wciąż i wciąż gramy, raz za razem zapominając, kim rzeczywiście jesteśmy, czego w głębi duszy pragniemy. W takiej sytuacji znajduje się Paweł, który zbudował obraz siebie na masce narzuconej mu przez rodziców – niezależnego samotnika niezdolnego do bliskich związków. Paweł zidentyfikował się z maską do tego stopnia, że kiedy zaspokaja najważniejszą dla siebie potrzebę intymności, czuje się nienaturalnie.

Julię uratowała cezura – wyprowadzka córki – która pozwoliła jej doświadczyć wewnętrznej pustki (w której odbiła się czkawką dawna nadopiekuńczość jej matki). Po dłuższym niż zwykle okresie depresji Julia przyjrzała się swojej masce – kontrolującej siebie i otoczenie, przestraszonej małej dziewczynki – i dzięki temu zaczęła odkrywać swoje prawdziwe Ja. Dostrzegła, że tak naprawdę nie chce wszystkim zarządzać – bo to niemożliwe. Odkryła, że nie chce już być muzyczką – dawno straciła rzeczywisty zapał w tym kierunku – ani pracować w finansach, co śmiertelnie ją nudzi. Zauważyła, że najbardziej lubi komponować ze sobą różne rzeczy, co dostarcza jej nie mniej zmysłowych i estetycznych wrażeń niż gra na perkusji. Zapisała się na kursy garncarstwa, florystyki i dekoracji wnętrz. Choć jej rodzice i niektórzy znajomi pukają się w czoło, ma wsparcie córki i – wreszcie – swoje własne. Julia zaczyna być szczęśliwa.

W biegu życia używamy masek najpierw bezwiednie – żeby zadowolić bliskich, a później (na wpół) świadomie – żeby wpisać się w oczekiwania ważnych osób i pełnione role społeczne. Czy tego chcemy czy nie, maski są jednym ze źródeł naszej samowiedzy – bo generują określone zachowania, z których wnioskujemy o sobie. Czasami nasze maski są wprzężone w mechanizm błędnego koła – bywają rezultatem uwewnętrznionych przekazów środowiskowych („Skoro jestem do niczego, to nie mam pracy, więc sobie nie radzę”). Możemy też robić z nich dobry użytek. Na przykład wypróbowując różne maski – potencjalne warianty siebie – żeby sprawdzić, które są dla nas odpowiednie, a które nie. Albo przyglądając się im, temu, jak na nas leżą, i poprzez nie poznając siebie.

Samopoznanie, czyli kim jestem naprawdę

Carl Gustav Jung wyróżnił w ludzkim życiu dwie fazy. Pierwsza służy adaptacji do rzeczywistości zewnętrznej, umożliwiającej zdobycie środków potrzebnych do utrzymania się i wychowania dzieci. Koncentrujemy się wtedy na przekazie otoczenia i w różnych formach się do niego dostosowujemy – powielamy wypróbowane wzorce, czasami się przeciwko nim buntujemy, zawsze jednak pozostajemy w kręgu ich wpływów. Dlatego właśnie w tej fazie oprócz Ja realnego kształtujemy Ja idealne i powinnościowe, które odzwierciedlają opinie osób dla nas znaczących i normy szerszego środowiska kulturowo-społecznego. Formujemy także maskę, a właściwie ich zestaw stanowiący naszą zewnętrzną reprezentację. W efekcie w pierwszych parudziesięciu latach życia jesteśmy istotami kolektywnymi, które chcąc nie chcąc borykają się ze sprzecznymi wizjami i poczuciem siebie.

W drugą fazę rozwoju wchodzimy w okolicach statystycznej połowy życia. Impulsem do tego jest zwykle kryzys wywołany usamodzielnieniem się dzieci, chorobą lub całościowym życiowym bilansem, którego dokonujemy, uświadomiwszy sobie, że zostało nam już do przeżycia czasu raczej mniej niż więcej. Zadaniem drugiej fazy jest przystosowanie się do rzeczywistości wewnętrznej. Faza ta stwarza potencjał samopoznania i uwolnienia się od uwewnętrznionych, konfundujących i ograniczających przekazów zewnętrznych. Zdaniem Junga w drugiej fazie życia, dzięki zgromadzonemu doświadczeniu i wypełnieniu zadań fazy pierwszej, mamy szansę na podróż w głąb siebie, prowadzącą do indywidualizacji i zbudowania wewnętrznej spójności. W podróż tę możemy jednak wyruszyć wcześniej. W jaki sposób?

• Królewską ścieżką w głąb siebie jest autorefleksja. To jedna z tych rzeczy, których nie zalecają nam w telewizji, radiu ani internecie, choć ma znaczenie nie do przecenienia. Niezwykle użyteczne jest codzienne poświęcanie czasu sobie, tu i teraz – sobie, a nie realizowanym celom, oczekiwaniom innych czy analizowaniu przeszłości! Usiądź wygodnie, w dogodnym dla siebie momencie dnia, z herbatą lub bez, głęboko odetchnij i zapytaj: Co się we mnie teraz dzieje? Jak się mam z tym, czego doświadczam? Wystarczy pięć minut, ważne, żeby spotykać się ze sobą regularnie. To podstawowy element higieny psychicznej, z którego można uczynić nawyk podobny do mycia zębów.

Nawiasem, medialny strumień jest jedną z przyczyn naszych trudności ze spostrzeganiem siebie. Po pierwsze, zalewając nasze umysły, odbiera nam miejsce na „siebie w sobie”. Po drugie, zawarte w nim informacje mają się nijak do tego, czego faktycznie potrzebujemy. Zafałszowują rzeczywistość, prowadzą nas w ślepe zaułki prezentowania się, zarabiania, kupowania. Badania wykazały, że zasadniczym powodem oglądania telewizji nie jest zdobywanie wiedzy czy rozrywka, lecz ucieczka od siebie. Ucieczka skazana na niepowodzenie, bo możliwa tylko na chwilę. Dlatego wyłącz telewizor. Doświadcz ciszy. Poczuj siebie.

• Chociaż autorefleksja jest podstawowym narzędziem samopoznania, to zdarza się jej wywodzić nas w pole, gdyż nasze odczucia i myśli, podobnie jak zachowania, są w dużej mierze nawykowe. Dlatego warto ją uzupełniać słuchaniem innych ludzi – tego, co mają o nas do powiedzenia. I niekoniecznie chodzi o osoby najbliższe, które przyzwyczaiły się do określonej wersji nas, a co więcej – nasze ewentualne zmiany mogłyby zmuszać je do wysiłku lub wyrzeczeń („Tak kochanie, chcę, żebyś poszła na studia podyplomowe, ale czy wciąż będziesz gotować obiady?”).

Julia zaczęła testować nowe dla siebie możliwości, kiedy kolejny klient zwrócił uwagę na wysmakowane wnętrze jej biura i zdobiący je pięknie ułożony bukiet.

• Kolejnym sposobem na docieranie do siebie jest wypróbowywanie nowych możliwości. Większość z nas, na skutek przyswajania przekazów środowiska, wytwarza w sobie „wewnętrznego krytyka”. Kiedy pojawia się w nas jakaś chęć czy pomysł, głos w naszej głowie ostrzega: To nie dla ciebie; Jesteś za głupia, zbyt mało kompetentna; Nie uda ci się; Uważaj! Słuchamy tego głosu, jakby był samym Bogiem. Tymczasem to tylko nawykowa myśl przejęta od otoczenia. Nie ma z nami nic wspólnego – jeśli jej na to nie pozwolimy.

Konfrontowanie się z wielością swoich Ja, niedostatkami własnej tożsamości, nieadekwatnością samooceny, nieodpowiedniością noszonych na co dzień masek – z tym, jak mało w nas jest nas samych – jest niełatwe. Jeśli się na taką konfrontację zdecydujemy, warto zadbać o zapewnienie sobie przyjaznych warunków. Według Rogersa powodem, dla którego oddzielamy się od samych siebie, jest brak bezwarunkowej akceptacji ze strony opiekunów we wczesnym dzieciństwie. Na szczęście, jako osoby dorosłe, sami możemy zapewnić sobie taką akceptację. Zamiast oceniać się i krytykować, możemy być dla siebie łagodni i wyrozumiali. Zamiast się pomniejszać i przed sobą uciekać, możemy stać się dla siebie ważni. Poznawanie siebie bywa trudne, jest jednak jedynym sposobem wyciszania turbulencji w spostrzeganiu siebie, osiągania wewnętrznej spójności i spokoju. Jest jedyną drogą prowadzącą do poczucia się na właściwym miejscu we własnej skórze i życiu.

Powodzenia!

(Anna Tylikowska, Kinga Tucholska|Tygodnik Polityka)

Dodaj komentarz