W poszukiwaniu definicji pojęcia „szczęście”


Emocje, Kompetencje / wtorek, Kwiecień 3rd, 2018

Szczęście sprzyja lepszym! Czyżby? Wszak, największą przeszkodą w odnalezieniu szczęścia jest dążenie do niego – twierdzą nie tylko filozofowie.

Ludzkość już dawno nie była tak szczęśliwa jak obecnie – wynika z ostatniej ankiety Instytutu Gallupa. Ten najstarszy ośrodek badań opinii społecznej na świecie co roku pyta mieszkańców ponad stu krajów świata (tym razem 138) o ich samopoczucie.

W najnowszej ankiecie 7 na 10 respondentów stwierdziło, że doznają w życiu sporo radości. Często się śmieją, czują się w miarę wypoczęci, przez innych traktowani są z szacunkiem. Nieco ponad połowa zadeklarowała, że w przeddzień ankiety nabyła nową umiejętność lub przynajmniej angażowała się w interesujące zajęcia. Prawie trzy czwarte doświadczyło czegoś przyjemnego. W rezultacie mierzony przez Instytut Gallupa wskaźnik pozytywnych doświadczeń (Positive Experience Index) sięgnął rekordowych 71 pkt, podczas gdy przez większość lat dwutysięcznych utrzymywał się na poziomie 68–9 pkt.

Nastroje w poszczególnych krajach oczywiście bardzo się różnią. W dziesiątce krajów, których mieszkańcy są najbardziej zadowoleni z życia, znajduje się tylko jeden nielatynoski wyjątek – europejska Dania. Polacy uplasowali się w środku stawki wraz z mieszkańcami Japonii, Malezji, Ghany czy Słowenii. Zestawienie zamykają dwa państwa targane wojnami: Syria oraz Czad. Ale niewiele lepiej o swojej codzienności wypowiadają się Litwini, Bośniacy czy Serbowie. Mimo że badanie przeprowadzono jeszcze przed katastrofalnymi powodziami na Bałkanach i przed rosyjską agresją wobec Ukrainy, która w krajach bałtyckich wzbudziła sporo niepokoju.

Pomijając najbardziej dramatyczne przypadki (Syria), wyniki ankiety trudno tłumaczyć bieżącymi wydarzeniami czy nawet komfortem życia. Podczas gdy wśród najbardziej zdołowanych społeczeństw znajdują się Czesi i Luksemburczycy, 15-krotnie biedniejsi od tych drugich Paragwajczycy wygrywają całe zestawienie. A mimo utraty Krymu i konfliktu na wschodzie kraju nisko klasyfikowana Ukraina może w kolejnym badaniu znacząco awansować – przynajmniej jeśli rację mają eksperci od szczęścia.

Potter bije Biblię

„Wymień 10 książek, które cię uformowały, zmieniły twój sposób myślenia” – zaproponował inicjator zabawy, która latem podbiła serwisy społecznościowe i prawdopodobnie zostanie zapamiętana jako internetowy łańcuszek wszech czasów. Gdy jednak Facebook zliczył ponad 130 tys. anglojęzycznych odpowiedzi na ten apel, na czele listy znalazł się „Harry Potter”, na szóstym miejscu Biblia, na dziewiątym – „Buszujący w zbożu” (piszemy o tej liście również w dziale kultury). Za to w pierwszej dziesiątce, a nawet pierwszej setce zabrakło pozycji, którą Biblioteka Kongresu USA uznaje za jedną z dziesięciu najbardziej wpływowych książek w dziejach Ameryki. Nieobecność książki „Człowiek w poszukiwaniu sensu” Viktora Frankla powinna dziwić nie tylko ze względu na to, że od chwili wydania rozeszła się już w kilkunastu milionach egzemplarzy. Ale także ze względu na obsesję Amerykanów na punkcie szczęścia – a konkretnie poszukiwania przepisów na jego osiągnięcie.

W ofercie księgarni Amazon znajduje się ponad 70 tys. książek ze „szczęściem” w tytule. Z tego aż 12 tys. w dedykowanym mu dziale „Szczęście – samopomoc”. Już Frankl stwierdzał w swoim dziele – pisanym wkrótce po opuszczeniu obozu Auschwitz – że dla Europejczyka szczególną cechą amerykańskiej kultury jest to, iż wciąż każe człowiekowi „być szczęśliwym”. A przecież by być szczęśliwym – pisał Frankl – trzeba mieć ku temu powód.

Jaki miałby to być powód – odpowiedź Frankl znalazł właśnie w obozie koncentracyjnym. Ten wybitny żydowski psychiatra i neurolog w 1941 r. otrzymał wizę do USA. Wobec coraz groźniejszych, ale wciąż niejasnych poczynań nazistów postanowił jednak pozostać w Wiedniu przy rodzicach. Rok później aresztowano go wraz z żoną, a dwa lata później oboje trafili do Auschwitz – podobnie jak matka Frankla i jego brat. Końca wojny dożył tylko on. Po uwolnieniu potrzebował zaledwie dziewięciu dni, by spisać swoje wspomnienia z obozów. I zarazem sformułować przepis na prawdziwe szczęście.

Wydany w 1946 r. „Człowiek w poszukiwaniu sensu” to nie pamiętnik więźnia, lecz notatki terapeuty, który rzeczowo relacjonuje pracę z ludźmi znajdującymi się na krawędzi śmierci. Według Frankla pewna szczególna rzecz wyróżniała tych, którzy przetrwali do końca wojny: poczucie sensu. Ci, którzy potrafili znaleźć powód, dla którego powinni przeżyć, lepiej znosili cierpienia fizyczne i psychiczne. Gdy usiłował odwodzić współwięźniów od zamiaru popełnienia samobójstwa, Frankl przypominał im, czego życie wciąż od nich oczekuje.

Pewnego naukowca przekonał, że musi przeżyć i dokończyć rozpoczętą książkę. Komuś innemu przypomniał o dziecku czekającym na wolności na powrót rodzica. Wzbudzenie w podopiecznych poczucia wyjątkowości – tego, że są nie do zastąpienia – budziło w nich odpowiedzialność wobec konkretnej osoby albo całej ludzkości. Jeśli człowiek wie, dlaczego powinien żyć – pisał Frankl – znajdzie sposób na to, jak żyć.

Życie z sensem

Gdy w 1994 r., trzy lata przed śmiercią, Frankl odbierał tytuł doktora honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, poczucia sensu życia brakowało około jednej trzeciej mieszkańców krajów rozwiniętych. Jak wynika z danych federalnej agencji Center for Disease Control, jasnego celu dla własnej egzystencji nie dostrzega obecnie aż 40 proc. Amerykanów. A to przekłada się na gorsze samopoczucie, niższą samoocenę, podatność na choroby psychiczne i fizyczne, podwyższone ryzyko depresji i nieumiejętność dostosowania się do otoczenia. A także na ogromny popyt na wszelkiego rodzaju kursy szczęścia. Tyle że już Frankl zauważył, że – paradoksalnie – to pościg za szczęściem najbardziej nas od szczęścia oddala.

„Poczucie szczęścia bez poczucia sensu życia charakteryzuje dosyć płytkie, narcystyczne, a nawet egoistyczne życie. Wszelkie potrzeby i pragnienia od razu się zaspokaja, unika się za to wszelkich trudności i wyzwań” – pisali niedawno psycholodzy z Uniwersytetu Stanforda na łamach „Journal of Positive Psychology”. W relacjonowanym tam badaniu spytali kilkuset Amerykanów w wieku od maturalnego po emerytalny o to, czy wiodą życie szczęśliwe (happy) i/lub życie sensowne (meaningful). Ponadto przez miesiąc przyglądali się codzienności ankietowanych: poziomowi doświadczanego stresu, ich zakupom, relacjom rodzinnym itp. Po zestawieniu deklaracji z własnymi obserwacjami doszli do wniosku, że poczucie szczęścia i poczucie sensu życia spotykają się sporadycznie. Bo szczęście wiąże się przede wszystkim z braniem, a sens życia – z dawaniem.

„Ludzie szczęśliwi czerpią radość z tego, co otrzymują od innych. A ludzie wiodący życie pełne sensu z tego, co mogą zaproponować innym. Czyste szczęście zasadniczo sprowadzałoby się do niepomagania innym” – komentowali autorzy badania. A gdyby ta socjologiczna argumentacja miała się okazać nieprzekonująca, wspomnieli jeszcze o różnicy praktycznej. Życie szczęśliwe zasadza się na dobrym samopoczuciu: zdrowiu, pełnym portfelu, wolności od stresów czy lęków. Gdy pojawia się choroba albo brakuje pieniędzy – szczęście znika.

Ci wiodący życie sensowne okazują się znacznie bardziej odporni na okoliczności losu. A nawet gotowi poświęcić „szczęście” dla „sensu”. Na przykład zdecydować się… na potomstwo. Posiadanie dzieci uchodzi zazwyczaj za klucz do szczęścia. Tymczasem, jak stwierdziła prof. Robin Simon z Wake Forest University po przebadaniu 12 tys. Amerykanów, niezależnie od sytuacji rodzinnej i materialnej u rodziców znacznie częściej spotyka się symptomy depresyjne i zaburzenia emocjonalne niż u ich bezdzietnych rówieśników.

Szereg podobnych prac przeanalizował w bestsellerowej książce „Na drodze szczęścia” psycholog i wykładowca Harvardu Daniel Gilbert. Okazało się, że interakcja z własnymi pociechami sprawia rodzicom mniej radości niż ćwiczenia fizyczne, jedzenie czy oglądanie telewizji. „Posiadanie dzieci daje wiele, ale raczej nie szczęścia” – podsumował Gilbert.

A jednak osoby z mocnym poczuciem sensu życia nie unikają, a wręcz szukają okazji do dawania. Począwszy od mozolnego kompletowania gwiazdkowych prezentów dla rodziny i przyjaciół aż po wyjazd do miasteczka w boliwijskich górach, by opiekować się dziećmi więźniarek. „Dawcy” z natury rzeczy narażają się na trud, stres, a nawet biedę, których za wszelką cenę unikają szczęśliwi „biorcy”. Ale jak zauważa prof. Martin Seligman z Uniwersytetu Pensylwanii: wiodący życie sensowne gotowi będą na wszelki wysiłek, o ile przysłuży się on większej sprawie.

Na początku tego roku psycholodzy z brytyjskiego University of Exeter opisali czynniki, które znacząco przyczyniają się do poprawy zdrowia psychicznego. Awans, podwyżka czy ślub – wszystkie miały niezwykle korzystny efekt. Tyle że krótkotrwały. W ciągu 6–12 miesięcy czar pryskał. „Po tym czasie stan samopoczucia wracał do punktu wyjścia. Nawet wśród osób, które w grupie osób, które wygrały na loterii ponad pół miliona funtów” – stwierdzili naukowcy.

Jedynym czynnikiem trwale poprawiającym kondycję psychiczną badanych (przeanalizowano 40 tys. gospodarstw domowych) okazała się przeprowadzka w pobliże terenów zielonych. Żyjący blisko lasu, parku albo chociaż większego ogrodu znacznie rzadziej przejawiali oznaki depresji czy stany lękowe niż ci otoczeni betonem. Efekt utrzymywał się nawet po kilku latach.

Wszystko przepływa

Trwałość to zdaniem ekspertów od szczęścia podstawowy wyznacznik tego, czy mówimy o ulotnym (samo)zadowoleniu, czy o czymś głębszym. Poczucie jego sensu i wynikająca z tego satysfakcja są bowiem zaskakująco odporne na upływ czasu – zauważa Roy F. Baumeister, psycholog społeczny z Florida State University, w wydanej rok temu książce „Siła woli. Odkryjmy na nowo to, co w człowieku najpotężniejsze”. Uniesienia emocjonalne dotyczą chwili obecnej i raczej prędzej niż później zanikają. I trzeba szukać kolejnych. Dlatego osoby, którym zazwyczaj towarzyszy dobre samopoczucie – choć zarazem uznają swoje życie za mało „sensowne” – koncentrują się na chwili obecnej.

Myślenie w szerszych horyzontach czasowych charakteryzuje tych, którzy wiodą życie pełne sensu, lecz stosunkowo niewesołe. A gdy spotykają nas doświadczenia negatywne, dzieje się to wprawdzie ze szkodą dla poczucia szczęścia, ale wzmacnia zarazem poczucie sensu życia – twierdzi Baumeister. Pod tymi słowami podpisałby się pewnie i Frankl.

„Aby stać się naprawdę szczęśliwym, wystarczy przestać porównywać się z innymi” – twierdzi Sonja Lyubomirsky, psycholog z Uniwersytetu Kalifornii i autorka książki „Mity o szczęściu”. Z kolei jej mentor Mihály Csíkszentmihályi w słynnym „Flow” przekonywał, że sekretem szczęścia głębokiego i nieulotnego jest jak najczęstsze przebywanie w stanie tytułowego „przepływu”, czyli całkowitego pochłonięcia realizacją danego zadania: czy będzie to zabawa, uprawianie sportu czy też adekwatna dla naszych zainteresowań i umiejętności praca. O zapominaniu o sobie jako przepustce do spełnienia wielokrotnie pisał Frankl.

Jeśli prac jego i innych wspomnianych autorów nie znajdziemy na liście lektur, które ukształtowały pokolenie Facebooka, nie musi to wynikać z niechęci do czytania o szczęściu pisanym wielką literą. Weźmy jedno z głównych przesłań Frankla: „Istotą bycia człowiekiem jest stale kierować i orientować się na coś lub kogoś innego niż my sami. Im bardziej człowiek o sobie zapomina – aby oddać się jakiejś sprawie lub miłości do drugiego – tym bardziej jest ludzki”. Podobną opinię mógłby przecież sformułować któryś z autorów Listów Apostolskich. Albo bardziej rozgarniętych bohaterów Tolkienowskiej trylogii. A może nawet i Harry Potter.

female-football(women-soccer)

.

Mariusz Herma

Dodaj komentarz