Twitter blokuje, Facebook cenzuruje, Google kontroluje. Korporacje nowych mediów pokazują inną twarz

Zrozumienie epoki nowych mediów, celów działania gigantów tego rynku przychodzi nagle. Przy okazji blokady kont (z reguły tych sprzecznych z liberalno-lewicową polityczną poprawnością) mnożą się pytania: Jak to? To tak można? Można!

Po pierwsze, to nie jest nasza przestrzeń. Ani moja, ani Twoja, Czytelniku, który założyłeś w niej sobie profil i w związku z tym twierdzisz, że w jakiejś części należy ona do Ciebie. Nic bardziej mylnego. Mogą wmawiać, że Facebook czy Twitter jest naszym domem i powinniśmy o niego dbać i dobrze się w nim czuć, ale nie jesteśmy właścicielami tej przestrzeni, nie jesteśmy nawet gośćmi, co najwyżej użytkownikami.

Ale też to, że jesteśmy użytkownikami serwisów społecznościowych, nie znaczy, że mamy w związku z tym do nich prawa. Po zamieszczeniu tam słów czy nagrań przestajemy w zgodzie z regulaminem być ich właścicielami. Nie możemy nimi dowolnie dysponować. Przekazujemy prawa do nich właścicielom Facebooka, Instagramu, Twittera, Google Plus, LinkedIn, Pinterestu i czego tam jeszcze używamy. Na czym jak na czym, ale na obsłudze prawnej przez największe i najdroższe kancelarie świata giganty nowych mediów nie oszczędzają. Spróbujcie przeczytać i zrozumieć regulamin usług świadczonych przez któregoś z wielkich graczy. Nawet nie: zakwestionować, ale wyłącznie przeczytać i zrozumieć. Ktoś zresztą obliczał, ile godzin zajmie sama lektura, nie mówiąc o zrozumieniu.

Podczas którejś z modyfikacji regulaminu Instagramu, po przejęciu tego serwisu przez Facebook, postanowiono poinformować explicite, czego dotyczą zmiany. Młody prawnik przez nieuwagę wskazał zmiany dotyczące właśnie kwestii praw do deponowanych (a właściwie przekazywanych nieodpłatnie) zdjęć w tym serwisie. Powstał tumult. Gdyby poinformowano jedynie, że wersja regulaminu AECX 265 B 27 zostaje zamieniona na regulamin AECX 265 B 29, nikt nie zwróciłby na to uwagi.

Administrator serwisu w każdej chwili może nas bez najmniejszego problemu z niego wyrzucić. Może usunąć to, co wyprodukowaliśmy i co często z wielką pieczołowitością przez lata sobie gromadziliśmy: urywki zdań, zdjęcia, nagrania, rysunki… — jeśli nie zostały zapisane w innym miejscu, tracimy je w ciągu kilku sekund. Bez jakiejkolwiek szansy nie tylko na rekompensatę, ale nawet na wyjaśnienie. Nie — bo nie. Nie mamy pani, pana (cyfrowego) płaszcza, i co nam pani, pan zrobisz?

Możemy pisać — na cyfrowy Berdyczów. Standardowe — przygotowane przez najlepsze kancelarie prawne — odpowiedzi już na nas czekają.

Administrator może nawet, w poszukiwaniu modelu ekonomicznego, zaprzepaścić całe zaufanie, jakie do niego mieliśmy, i całą zawartość naszej „szuflady pamięci” po prostu sprzedać. Łącznie z komunikacją, którą  — jak nam się wydawało — ukryliśmy przed publicznym dostępem. Gdyż prowadziliśmy ją poprzez Direct Messages, Wiadomości Prywatne, Facebook Messenger i inne maszynki “dla prywatnych rozmów”. Kto powiedział, że nasze zdjęcia intymne i takież wynurzenia, sekrety naszych firm i bliskich w pewnym momencie, jeśli „model biznesowy przestaje nam się domykać”, nie mogą zostać wystawione na aukcję „kto da więcej”? Albo: Jeśli nie zapłacisz abonamentu, cała zawartość zgromadzona na naszym serwerze zostanie upubliczniona na podstronie z Twoim imieniem i nazwiskiem. Chyba że zapłacisz nasz abonament… Nie, nie, skasować tych zasobów też już nie możesz. Są nasze. Dopiero teraz się o tym dowiadujesz? Tak nam przykro. Peszek.

To, co robimy w sieci, jest naszą zabawą, podejmowaną przez nas w naszym czasie wolnym (albo w czasie, który podkradamy naszemu pracodawcy, naszym rodzinom, naszym dzieciom) z zyskiem dla tych, którzy nam tę zabawę umożliwiają. Produkujemy wartościowy dla nich „content”, treść. Ale też oddajemy im wiedzę o nas samych.

Tak, to przecież oczywiste, bezpłatna poczta mailowa również nie należy do nas. Nie do nas należą przesyłane słowa, zdjęcia, emocje. Nie są naszą własnością. A tak naprawdę upewnijmy się, czy jeszcze są tam, gdzie do niedawna były. I czy na pewno dobrze je zabezpieczyliśmy, aby należały do nas i abyśmy tylko my mieli do nich dostęp, aby nie mogły być analizowane, przetwarzane, dotykane. Nie, naprawdę nie chodzi o bardziej skomplikowane hasło dostępu, ale o to, do kogo te dane należą, kto jest ich absolutnym, stuprocentowym dysponentem.

Po drugie, to Facebook zadecyduje, czy przeczytamy wiadomość, którą chciał nam przekazać nasz znajomy. Jeśli Facebook uzna, że nadawca informacji zbyt rzadko korzysta z serwisu, jego wiadomość przekaże tylko niektórym abonentom jego kanału. Chyba że zapłaci — wówczas, owszem, przekaże tę wiadomość wszystkim.

Wielkie koncerny epoki nowych mediów tracą twarz przyjaznych, roześmianych firm założonych w garażach przez złotych chłopaków z epoki internetowego podbijania Palo Alto. Jeszcze próbują podtrzymywać ten wizerunek filmami, serialami, konkursami, wykazującymi, że są najbardziej pożądanymi pracodawcami wśród kończących wyższe uczelnie, ale już widać, że są równie drapieżne, jeśli nie bardziej, jak biznesy epoki węgla i stali. Bardziej drapieżne — być może z uwagi na drapieżność świata, szybkość i głębokość zmian. Zmian tak szybkich, że już nie sposób reagować.

To Twitter, Facebook, Google powiedzą, na czym chcą zarabiać, a użytkownicy tych serwisów będą mieli wybór: zrezygnować z usług, wycofać się z tych miejsc w sieci (nie jest to proste, spróbujcie usunąć swój profil na Facebooku i dane złożone na serwerach Google) albo w pełni respektować zasady spisane w regulaminach, których nie są w stanie pojąć.

Możemy wymagać szacunku wyłącznie, jeśli za coś płacimy. Jeśli mamy nasze zasoby na bezpłatnych serwerach do nas nienależących, niczego nie mamy i niczego wymagać nie możemy. Co więcej, jesteśmy niewolnikami tych, którzy na naszych danych robią swoje biznesy. Łączą nasz adres e-mail, miejsca, w których się logujemy, tematykę poruszaną w mailach, inne serwisy, do których mamy dostęp, zdjęcia, strony dla dorosłych, dane karty bankowej i ostatnie operacje na koncie, umawiane wizyty lekarskie, wyniki badań analitycznych krwi, zamawiane książki, siatkę relacji ze znajomymi, nasze mniejsze i większe słabostki, polityczne afilacje, plany wakacyjne — z naszym adresem, numerem PESEL i, co od dawna już w tym procesie jest oczywiste, dawno bowiem nastąpiło z uwagi na inercję państwa, naszym imieniem i nazwiskiem.

Nie, nie będziemy już dostawali reklam pieluszek. A jeśli nagle zostaniemy zasypani ofertami pieluszek, wózków dziecięcych, odsysaczy do pokarmów i ubiorów ciążowych, natychmiast porozmawiajmy z naszą córką — być może chce nam ona coś ważnego powiedzieć.

Po trzecie, nic nie możemy zrobić. GAFA (Google, Amazon, Facebook, Apple) jest dziś już po wielekroć potężniejsza niż tradycyjne państwa (nie zauważyliście, prawda, tych tabel porównawczych sytuujących te firmy na osi PKB krajów?). Dziś walka o prawo, o przestrzeń publiczną, o wpływ na umysły ludzi, toczy się właśnie na tym odcinku: między nieruchawymi instytucjami państw narodowych stworzonych gdzieś na przełomie XVIII a XIX wieku a żywymi, gibkimi, zdecydowanymi na wszystko “gigantami przemysłów innowacyjnych”. Ich siły lobbingowe są po wielekroć lepiej uplasowane i są skuteczniejsze niż razem wzięte przemysły farmaceutyczny, tytoniowy i zbrojeniowy, a więc dotychczasowe giganty wpływu na świat polityki i legislacji.

Zobaczmy plany najważniejszych konferencji w jakimkolwiek kraju (może z wyjątkiem Francji — tamtejsza minister kultury powiedziała publicznie, że jej noga nie postanie na żadnym wydarzeniu z udziałem Google niszczącego kulturę i media). Zobaczmy, jak koncerny nowych mediów pracują w Komisji Europejskiej z deputowanymi Parlamentu Europejskiego. Zobaczmy, jak coraz silniej plasują się jako partnerzy działań rządów. Aż po pisane w tych koncernach projekty ustaw, w tym tych przewidujących oddanie naszych danych osobowych biznesowi, dla „innowacyjnych projektów”, na których i obywatele, i państwo mogą tylko — przekonują ministrowie cyfryzacji w kolejnych krajach — zyskać. Korumpliwość? Nie sądzę. Raczej zwyczajna nieświadomość, niefrasobliwość, skupienie na innych sprawach.

Pierwszym obowiązkiem państwa jest ochrona obywateli, a nie umożliwianie korporacjom robienie dobrego biznesu. To państwo ma dbać, aby nie można było połączyć informacji o moich wydatkach, moich chorobach i moich danych osobowych. To państwo ma dbać o to, aby uczeń w szkole podstawowej dowiadywał się, jakie zagrożenia wiążą się z nierozważnym używaniem internetu. Także państwo ma wprowadzić takie mechanizmy prawne, antytrustowe, prokonkurencyjne, aby ani obywatel, ani państwo nie stali się wcześniej czy później zakładnikami swojej nieświadomości, niekompetencji i głupoty. Wówczas już będzie za późno.

.

Eryk Mistewicz | Wszystko Co Najważniejsze

.