Trzy razy W!


Motywacja, Rozwój / czwartek, Maj 17th, 2018

Urlop to okazja nie tylko do naładowania baterii, ale często również do przemyśleń… zwłaszcza, gdy najważniejszymi liczbami tegoż urlopu były: 230, 16 oraz 10, czyli 230 kilometrów w poziomie i 16 kilometrów w pionie, pokonanych w trakcie 10-dniowego trekkingu w Alpach. W takich sytuacjach człowiekowi przychodzą do głowy bardzo różne rzeczy, prowadzące do zaskakujących niekiedy wniosków.

Zaczęło się od widoku na Matterhorn, który, choć od strony włoskiej nie wygląda tak imponująco, jak od strony szwajcarskiej, budzi ogromny respekt. Nic dziwnego, że szczyt dość długo czekał na swojego zdobywcę – w lipcu tego roku minęło zaledwie 150 lat od pierwszego wejścia, którego dokonał siedmioosobowy zespół, prowadzony przez 25-letniego Brytyjczyka, Edwarda Whympera. Sukces okupiony został tragedią, gdyż w drodze powrotnej zginęło czterech alpinistów.

Mordwand

Trudności techniczne Matterhornu, mimo, że znaczące, są niczym w porównaniu z legendarną północną ścianą Eigeru. Choć sam Eiger do najwyższych nie należy (liczy niecałe 4000m), to jego północna, 1800-metrowa ściana uchodzi za jedno z najpoważniejszych wyzwań wspinaczkowych w Alpach. Od lat trzydziestych XX wieku czołowi europejscy alpiniści atakowali ją… i przegrywali, płacąc często najwyższą cenę. Nic dziwnego, że Nordwand szybko przemianowano na „Mordwand”, ścianę-mordercę. Jeden z dramatów rozegrał się w 1936 roku, kiedy podczas odważnego ataku na szczyt zginęło czterech śmiałków: Edi Rainer, Willy Angerer, Anderl Hinterstoisser i Toni Kurz – o wydarzeniach tych pisał między innymi Jon Krakauer w swojej książce „Eiger wyśniony”, poświęcono im także film zatytułowany „Zew ciszy”.

Pierwszego przejścia ściany północnej dokonał w 1938 roku czteroosobowy zespół austriacko-niemiecki, w składzie Heinrich Harrer, Fritz Kasparek, Anderl Heckmair i Ludwig Vörg. Kolejne próby przerwała wojna, a alpiniści wrócili pod legendarną górę dopiero pod koniec lat czterdziestych.

Stefano, przyjdziemy jutro

W 1957 roku na Eigerze miała miejsce kolejna tragedia, a towarzysząca jej akcja ratunkowa uchodzi do dziś za jeden z najbardziej niezwykłych przykładów wspaniałej współpracy, ofiarności i poświęcenia w górach. Oto 3 sierpnia o godzinie 3:00 nad ranem w północną ścianę wchodzą dwaj Włosi, Claudio Corti i Stefano Longhi , którzy po dwóch dniach wspinaczki łączą siły z duetem niemieckim, Güntherem Nothdurftem i Franzem Mayerem.

Wspinaczka jest tym razem wyjątkowo trudna ze względu na niesprzyjającą pogodę, ponadto alpiniści wielokrotnie gubią drogę w ścianie. Walka o szczyt staje się walką o życie. Ze względu na przepisy, które zabraniają ratownikom z Grindelwaldu akcji na północnej ścianie (co było oficjalnie komunikowane), spontanicznie powstaje zespół, w skład którego wchodzą przebywający w okolicach Eigeru alpiniści z siedmiu krajów, wśród nich Polacy: bracia Adam i Zbigniew Skoczylas, Krzysztof Berbeka, Karol Jakubowski, Tadeusz Nowicki, Zbigniew Rubinowski, Tadeusz Rogowski, Antoni i Jerzy Wala oraz Helena i Jerzy Hajdukiewicz.

Działania pięćdziesięcioosobowej grupy koordynuje Niemiec Ludwig „Wiggerl” Gramminger, a pomagają mu między innymi słynny Włoch Ricardo Cassin i Lionel Terray z Francji, który jako drugi pokonał w 1947 roku północną ścianę. Kolejne dni to jedna z najbardziej poruszających lekcji autentycznej zespołowości, zaangażowania, motywacji oraz… innowacji, dzięki którym ocalono Claudio Cortiego. Niestety, był on jedynym uratowanym. Stefano Longhi zmarł, czekając na pomoc, a obaj Niemcy zaginęli; ich ciała odnaleziono dopiero w 1961 roku. Historię akcji ratunkowej przepięknie opisał jeden z jej polskich uczestników, Adam Skoczylas, w opowiadaniu zatytułowanym „Stefano, przyjdziemy jutro”, które opublikowane zostało w zbiorze „Cztery dni słońca”.

Zastanawiałem się, co spowodowało, że grupa dość słabo znających się osób potrafiła stworzyć tak niezwykły, super-efektywny zespół, który dokonał niemożliwego? Co wyzwoliło potężne zaangażowanie ludzi, którzy zdobyli się nie tylko na koszmarny wysiłek fizyczny i psychiczny, ale wręcz zaryzykowali własnym zdrowiem i życiem? Odpowiedzi na te pytania nasunęły się dość szybko.

Wizja

Po pierwsze, zespół miał wizję (uratowanie jak największej liczby alpinistów), w której realizację głęboko wierzył. W warunkach biznesowych często niestety zapominamy o tym, jak skutecznym ‘spoiwem’ może stać się porywająca wizja, w którą wierzą nasi ludzie. Skupiamy się na strategii i konkretnych celach, wizję traktujemy nieco po macoszemu. Nawet jeśli ją zakomunikujemy, nie poświęcamy jej potem zbyt wiele uwagi i często nasz wysiłek idzie na marne.

Zawsze powtarzam, że są trzy ‘święte kroki’ komunikowania: upewnij się, że komunikat dotarł do odbiorcy (czyli ci, którzy mieli o wizji usłyszeć, faktycznie o niej usłyszeli), upewnij się, że został właściwie zrozumiany (tak, jak założył nadawca, a nie tak, jak wygodnie było go zinterpretować odbiorcy) i najważniejsze – że został „kupiony”, czyli że odbiorcy głęboko wierzą w jego wykonalność i się z nim utożsamiają. W przypadku wyprawy ratunkowej w 1957 roku te trzy warunki zostały spełnione i wizja stała się motorem napędowym całego przedsięwzięcia.

Wartości

Po drugie, zespół łączyły wspólne wartości, które doskonale można oddać słowami Wawrzyńca Żuławskiego: „Partnera się nie zostawia, nawet jeśli jest już tylko bryłą lodu”. Ludzie w imię wartości potrafią robić rzeczy niezwykłe, wykazując się przy tym często zaangażowaniem, które ciężko jest kupić nawet za bardzo duże pieniądze.

Popatrzcie na akcje ratunkowe po katastrofach i klęskach żywiołowych, popatrzcie na działania pomocowe, popatrzcie na akcje charytatywne i pracę wolontariuszy. A w biznesie? Wartości traktujemy często jak „HR-owy kwiatek do kożucha”, nie przekładający się na konkretne wyniki. Jest to fatalne podejście, odbierające menedżerom skuteczne narzędzie rekrutacyjne i motywacyjne – jeśli bowiem potrafimy jasno zdefiniować , co nas wyróżnia na rynku, a potem zatrudnić ludzi, którzy w te same wartości wierzą, możemy być spokojni o ich zaangażowanie.

Wściekłość

To stara prawda, że zespół konsoliduje się wobec wroga – wystarczy spojrzeć na zadziwiający poziom zaangażowania w organizacjach terrorystycznych, środowiskach kiboli czy w skrajnych frakcjach organizacji politycznych i religijnych. W biznesie też często sięgamy po metafory z pola walki, mówiąc o zdobywaniu rynku czy wojnie cenowej z konkurentami.

Świetnym motywatorem okazuje się być również złość z powodu porażki (nawet, jeśli wkurzamy się na siebie samych).

Choćby z tego powodu nie warto przegranych przemilczać – jeśli dobrze poprowadzimy dyskusję, możemy nie tylko zrozumieć popełnione błędy, ale również uwolnić zadziwiającą energię w zespole. Nie wierzycie? Zapytajcie dowolnego trenera sportowego, jak wspaniale motywuje chęć wzięcia rewanżu na rywalu.

Co wkurzyło pięćdziesięciu bohaterów Eigeru? Odmowa podjęcia akcji przez ratowników z Grindelwaldu, motywowana brakiem wiary w powodzenie oraz ich późniejsze zasłanianie się procedurami, czyli złamanie dwóch wcześniej opisanych „W” – wizji i wartości.

.

Paweł Motyl | Autor bestsellera “Labirynt: Sztuka podejmowania decyzji”

Dodaj komentarz