Travel coaching receptą na kompetencyjny rozwój?


Motywacja, Rozwój / piątek, Maj 4th, 2018

Podróż ma bardzo wiele wspólnego z rozwojem osobistym. Podróż często ten rozwój przyspiesza i czyni łatwiejszym. W nowym otoczeniu nic nie zakłóca w “łapaniu dystansu”. Ani ta sama od dwudziestu lat szafa, ani ten stół, który znamy i który mówi nam “znowu to samo”, “nic już nie mogę zrobić”. Na, choćby najkrótszym wyjeździe, nawet inny kamień na drodze może nam coś zasugerować i wywołać zmiany – twierdzi Beata Marciniak, twórczyni i promotorka travel coachingu.

Jak pani na to wpadła?

To był finał długiej drogi związanej z zachodzącymi w moim życiu i w rozwoju osobistym zmianami. Tak się potoczyło, że skończyłam podyplomowe studia z zakresu coachingu. Szukałam swojej specjalizacji, czegoś czemu mogłabym się poświęcić.

Z drugiej strony wiedziałam, że pasjonuje mnie wiele rzeczy i samym coachingiem i nie mogę się zajmować. Kilka lat temu, z przyjaciółką, wybrałyśmy się do Barcelony. Tam dość szybko powstał już całkiem konkretny projekt, by stworzyć właśnie travel coaching. Coś więcej niż zwykłe sesje. I więcej niż zwykła podróż.

Ale jak to? Pojechałyście do Barcelony i doznałyście najzwyczajniej w świecie olśnienia? Czy wydarzyło się coś wyjątkowego?

(śmiech) Nie, my po prostu bardzo dużo ze sobą rozmawiamy. Ponieważ ta koleżanka też jest coachem, te rozmowy są zwykle bardzo głębokie, prowadzone na poziomie rozwojowym. Byłyśmy tu i teraz, szukałyśmy projektu. Pomyślałyśmy o tym i uznałyśmy “dlaczego nie?”.

Myślę, że mogło się do wyciągnięcia takich wniosków przyczynić również to, że ja bardzo długo na tę podróż czekałam, przygotowywałam się i przeżywałam. Tak mi to dużo dało, że postanowiłam się tym podzielić.

I zrobiła to pani.

Tak, wtedy powstał pierwszy konkretny projekt. To był wyjazd do Prowansji. Tam pojechała ze mną nieduża grupka kobiet. Do dziś zresztą zabieram na travel coaching właśnie nieduże grupy, często maksymalnie pięć osób. Bo w tym projekcie chodzi m.in. o to, by mieć czas dla siebie nawzajem. Przy dużej grupie natomiast często się ludzie rozchodzą, mijają nawzajem, trudno to wszystko ogarnąć.

Mówi pani „kobiet”. Panowie nie chcą takich podróży?

No właśnie chyba tak. Mój mąż twierdzi, że mężczyźni nie potrzebują się rozwijać (śmiech). Ja się z tym osobiście nie zgadzam, ale faktycznie pierwsze zapytanie o taki wyjazd od mężczyzny dostałam dopiero kilka dni temu. Mam nadzieję, że będzie ich więcej. Nie ukrywam, że sama jestem ciekawa, jak by to było wyjechać właśnie z mężczyznami, tego jaki temat dominowałby, co mogłabym im zaproponować.

Kobietom co pani proponuje?

To zależy od miejsca do którego się wybieramy. Bo to miejsce samo w sobie już się z czymś kojarzy. Teraz jedziemy do Paryża, w październiku do Prowansji a kilka tygodni temu wróciłam z grupą z Hiszpanii.

Jeśli mowa o Paryżu, to hasłem przewodnim jest “Poczuj się pięknie w Paryżu”. Tam, oprócz coachingu, jest też profesjonalna sesja zdjęciowa. Na miejscu są fotograf, stylistka, z którymi współpracuję. W Paryżu zatem tematem przewodnim jest piękno, wewnętrzne, zewnętrzne.

Maria Czubaszek powiedziała kiedyś “każda kobieta jest piękna, tylko nie po każdej to widać”. A ten projekt polega właśnie na tym, żeby to piękno jednak było widać (śmiech). Tak by kobieta zdała sobie z niego sprawę i by ono zostało z nią na dłużej.

A poza Paryżem? Co mamy do wyboru?

W tym roku Mamy jeszcze Prowansję i Hiszpanię. W przyszłym roku będą nowe kierunki.

Hiszpanię zorganizowałyśmy we dwie. Mam taką znajomą psycholog-anglistkę i ona się w to również włączyła. Tam z nami pojechało dziewięć kobiet. I w tym przypadku akurat miałam wrażenie, że one zwyczajnie pojechały na odpoczynek i to także było ok. Nigdy nie staram się tych warsztatów narzucać.

Na przykład, jak jesteśmy w Paryżu czy Hiszpanii, świeci słońce i chciałoby się pójść na plażę to po prostu tam idziemy. Czasem warsztatów nie ma, czasem odbywają się na plaży albo na przykład na Polach Marsowych w Paryżu. To jest specyfika travel coachingu i to jest właśnie piękne, że nie narzucamy sobie sztywnych ram. Zawsze znajduje się też czas wolny, które można wykorzystać tak jak się chce. Moje podejście to „podążać za grupą”.

Hasło Hiszpanii brzmi…?

Pobyt w Hiszpanii wiąże się z podniesieniem energii życiowej. Wielu ludzi przekonuje, że słońce, pogoda, to jest coś, co dodaje im energii. I dlatego wybrałyśmy Hiszpanię. To bardzo sprzyjające otoczenie dla wyjazdu, który ma nas nauczyć tego jak mieć tę energię, pogodę ducha, nawet wtedy, gdy za oknem pada deszcz albo trzyma siarczysty mróz. Ważne jest, by wypracować sobie metody generowania energii wysokiej jakości i to długoterminowo.

To hasło jest z góry narzucone? Czy w jakiś sposób dostosowuje je pani do tego, z czym dane kobiety do pani przychodzą?

To z czym one przychodzą, jest przerabiane podczas indywidualnych sesji coachingowych, które odbywają się podczas wyjazdu. Każda z uczestniczek ma zagwarantowaną jedną taką sesję.

Można im pomóc przezwyciężyć tę konkretną słabość w tak krótkim czasie? Te wyjazdy trwają przecież zaledwie kilka dni.

Travel coaching to nie jest ani w stu procentach coaching ani w stu procentach podróż.

Bo coaching według standardów to powinna być na przykład jedna sesja na dwa tygodnie. I tak czasem nawet przez trzy miesiące. Ale z tego co widzę i z rozmów, jakie odbywam z tymi kobietami po tych podróżach, to już dzięki tym kilku dniom coś się w nich zmienia, czasem dzieje się nawet bardzo dużo rzeczy. Ale ta zmiana to jest proces indywidualny. Nie ma tutaj reguły, nie zawsze musi to na daną osobę zadziałać. Nie ukrywam jednak, że mam wiele satysfakcji, kiedy, dajmy na to, pół roku po podróży spotykam ją i widzę, że zmieniła się nie do poznania.

Bo widzi pani, jak one wyjeżdżają, to tworzą wspaniały obrazek szczęśliwej grupki. Ale jednak po coś tam jadą. I to wychodzi dopiero podczas tych indywidualnych rozmów. Wtedy nierzadko pojawiają się łzy.

Z czym Polki mają największy problem? Brak im właśnie życiowej energii, męczą je kompleksy?

Z moich doświadczeń wynika, że najczęściej ten problem dotyczy związku, relacji. Czasem punktem wyjścia jest zupełnie coś innego, dopiero kiedy zaczyna się trochę przy tym “dłubać” okazuje się, że wszystko to właśnie kwestia relacji.

Szczęśliwy związek jest aż tak ważny?

Kiedy się jest w udanej relacji, jest się szczęśliwym. To wsparcie, obecność partnera, jest nam potrzebna do tego, by czuć się bezpiecznie, rozwijać się. Potrzeba akceptacji i miłości jest jedną z podstawowych potrzeb człowieka.

No dobrze, załóżmy, że chcę się w taką podróż wybrać. Co mam zrobić? Napisać do pani? Zadzwonić?

Tak, trzeba się ze mną skontaktować, kiedy ogłaszam na dany kierunek nabór. Wszystkie szczegóły znajdują się na mojej stronie internetowej, tam są informacje o kierunkach, cenach, ogólne plany wyjazdu. I tam też informuje o nowych projektach.

Najczęściej jadą ze mną ludzie, którzy byli u mnie na szkoleniach, bądź poznali mnie w innych okolicznościach. Czasem to znajomi znajomych.

Czyli na razie poczta pantoflowa?

Tak, na razie tak. Fakt, że znam grupę, przynajmniej mniej więcej, jeszcze przed wyjazdem, wiele mi ułatwia. Dzięki temu jestem w stanie przewidzieć jak się do tego wyjazdu najlepiej przygotować.

To z kolei powoduje, że zyskujemy na miejscu bardzo dużo czasu związanego z nawiązywaniem relacji czy jakimś konfliktem, który się może na początku pojawić. I który często się pojawia, zwłaszcza, że często mieszkamy wszystkie razem.

Po powrocie utrzymujecie jakiś kontakt? Czy w dniu powrotu wasze drogi się rozchodzą?

Nie, nie, pozostajemy w kontakcie. Z osobami, które biorą udział w projekcie spotykam się przed wyjazdem i na miesiąc po tym, gdy z niego wrócimy. Chodzi o to, by zobaczyć jakie one mają oczekiwania wobec tej podróży. I o to by rzucić okiem na efekty.

Zdarza się, że po tym miesiącu spotykacie się i okazuje się, że jedna z tych osób nic z tego wyjazdu nie wyniosła?

Do tej pory nie było takich sytuacji.

Za każdy razem prowadzę sobie taki dzienniczek, każdego dnia zauważamy, co ważnego wydarzyło się dla nas. I każdego dnia coś się dzieje. Ale jeśli ktoś wewnętrznie czułby, że nic mu to nie dało, to prawdopodobnie byłaby to prawda. Czasem ktoś nie chce wprowadzić pewnych zmian, czasem nie może. Niemniej to też jest dla tej osoby jakaś informacja.

Dlaczego podróże mają pomóc dokonywać tych zmian? Dlaczego mapy życia nie można skonstruować siedząc przy kominku z herbatą? Albo spacerując po lesie?

Można. Ja jednak zauważyłam wiele zależności między procesem rozwoju osobistego a podróżą. Bo rozwój osobisty, dążenie do celu, to jest nic innego jak podróż. I tu i tu musimy się dokładnie zastanowić nad tym, dokąd chcemy dotrzeć, gdzie wylądować, jak spakować walizkę, kogo i czy w ogóle kogoś zabrać w tę podróż.

Są oczywiście ludzie, którzy idą na lotnisko sami nie wiedzą dokąd się wybierają. Dla nich ważne jest to, by cokolwiek zmienić. Ale jeśli wiemy, dokąd się kierujemy, jest łatwiej. Łatwiej jest chociażby się spakować. I to jest właśnie jeden z punktów zaczepienia – co mam a czego mi brak, bez czego nie pojadę, co zostawię, jadę z kimś czy w pojedynkę. Podróże i rozwój osobisty naprawdę mają ze sobą wiele wspólnego.

A jakie znaczenie ma tu obecność obcych osób? Bo, jeśli dobrze rozumiem, uczestnicy wyjazdu wcześniej nie znają siebie nawzajem.

Dzięki temu pojawiają się obszary nad którymi można popracować. Na pewno jest to budowa relacji. Można się sobie przyjrzeć, przeanalizować to jak wypada się w stosunkach z osobą, której się nie zna. Przy okazji te “obce” osoby dają sobie nawzajem inne, świeże spojrzenie na wiele rzeczy. Dziewczyny dużo ze sobą rozmawiają, doradzają sobie, dzięki temu pojawiają się różne perspektywy. Oczywiście to jest przeze mnie trochę monitorowane, ale proces zmian rozgrywa się miedzy wszystkimi uczestnikami tej wyprawy. Swoisty trening interpersonalny.

Cały ten cykl trwa dopiero dwa i pół roku. I, choć zawodowo realizuje to jako coś dodatkowego, coraz częściej właśnie z tym zaczynam być kojarzona. Pojawia się też sporo nowych pomysłów. Wczoraj wdziałam się na przykład z dziewczyną, która porzuciła Warszawę i zamieszkała w Beskidach. Tu pracowała w korporacji, tam zaczęła chodzić z kijkami. Została certyfikowanym trenerem nordic walking. I tak sobie pomyślałam “czemu nie?”. Dlaczego nie połączyć aktywności fizycznej z warsztatami rozwoju osobistego. Sport daje w końcu mnóstwo pozytywnej energii.

Ma pani jeszcze jakieś pomysły?

(śmiech) Mam! Projekt dla mam! Myślę, że to będzie w Hiszpanii. Chcę tam zabrać kobiety, matki, i pozwolić im pomyśleć o sobie. Bardzo często spotykam się z tym, że po urodzeniu dziecka kobieta myśli, że nie może nigdzie jechać. A jeśli pojedzie to wyrzuca sobie, że jest złą matką. Na początek chcemy rozprawić się z tym założeniem. Matki też mogą, a nawet powinny, dać sobie prawo do troski o siebie, do tego by czasem wyjechać naładować baterie a po powrocie dać z siebie jeszcze więcej energii dziecku i światu.

Dlaczego warto z panią wyjechać?

Bo warto się rozwijać. Wychodzić poza swoje strefy komfortu, zobaczyć i poczuć więcej, zyskać siłę i zupełnie nową perspektywę w spojrzeniu na pewne nurtujące nas kwestie. W nowym otoczeniu nic tego procesu “łapania dystansu” nie zakłóca. Ani ta sama od dwudziestu lat szafa, ani ten stół, który znamy i który mówi nam “znowu to samo”, “znowu ten sam dzień”, “nic już się nie zdarzy”, “nic już nie mogę zrobić”. Na takim choćby krótkim wyjeździe nawet inny kamień na drodze może nam coś podsunąć, zasugerować.

Zagranicą łatwiej być szczęśliwym?

Człowiek szczęśliwy będzie szczęśliwy niezależnie od kraju. Można być szczęśliwym na Mazurach i rozpadać się z nieszczęścia na Hawajach.

Czyli chodzi tylko o impuls?

Tak, o coś ekscytującego.

Urlaubsreif, Polaroid mit Urlaubsbildern

(rozmawiała Małgorzata Gołota | NaTemat.pl)

Dodaj komentarz