Nie zatrudniam ludzi, którzy mają kłopoty z gramatyką

Jeśli myślisz, że słowo „apostrof” oznacza jednego z 12 uczniów Jezusa, nigdy nie będziesz dla mnie pracował. Jeśli sądzisz, że średnik to zwykły dwukropek przeżywający kryzys tożsamości, nigdy nie znajdziesz u mnie zatrudnienia. Jeśli umieścisz w zdaniu przecinki z taką częstotliwością, z jaką padają strzały z dubeltówki, być może uda ci się dotrzeć do holu, zanim grzecznie wyprowadzimy cię z naszego budynku.

Niektórzy mogą uznać moje podejście do gramatyki za skrajne, ale ja wolę milszą frazeologię, jaką posługuje się Lynne Truss: jestem kimś, kto „czepia się” gramatyki. I tak jak Truss – autorka książki Eats, Shoots, and Leaves – mam „zerową tolerancję” dla błędów gramatycznych, z powodu których ludzie wychodzą na głupców.

Truss i ja nie zgadzamy się jednak co do znaczenia zwrotu „zerowa tolerancja”. Truss uważa, że ludzie, którzy mylą podstawy gramatyki, zasługują na to, aby zostali rażeni piorunem, poćwiartowani na miejscu i pochowani w bezimiennym grobie. Natomiast według mnie powinno się ich tylko pomijać jako kandydatów do pracy – nawet jeśli mają inne kwalifikacje na dane stanowisko.

Każdy, kto ubiega się o pracę w jednej z moich firm, iFixit lub Dozuki, przechodzi obowiązkowy test z gramatyki. Poza łagodzącymi okolicznościami (dysleksja, osoby uczące się angielskiego itp.), jeśli kandydaci nie rozróżniają słów to i too, ich podania lądują w koszu.

Więcej na Harvard Business Review Polska

.