Nauczyli mnie jak malować, a nie zarabiać – żali się absolwentka ASP. Młodzi artyści nie wiedzą, jak się sprzedać.

Co czeka absolwenta Akademii Sztuk Pięknych tuż po odebraniu dyplomu? Brutalne zderzenie z rzeczywistością. – Obroniłam dyplom z wyróżnieniem, a od siedmiu lat nie sprzedałam żadnego obrazu. Po prostu nie umiem tego zrobić, jestem malarką – żali się absolwentka ASP.

Kartka z emigracji

Londyn. Właśnie tu, zaledwie kilka miesięcy po studiach przeprowadziła się Marta – absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Nigdy nie marzyła o tym, że będzie zarabiała na sztuce kokosy. Ale nigdy też nie myślała, że kompletnie nie da się z tego wyżyć.

– Po prostu nie umiem tego robić. Przestałam już malować, bo nie mam gdzie trzymać obrazów – mówi zniechęcona malarka. Obrazy Marty się podobają. Każdy, kto odwiedza jej mieszkanie w Londynie rozpływa się nad jej talentem. Nikt nie potrafi zrozumieć, jak tak zdolna osoba może żyć z malowania… wnętrz. Gdy jednak rozmowa zaczyna zbaczać w stronę ewentualnego kupna obrazu, proponowane ceny okazują się być niższe od kosztów płótna i farb.

Marta twierdzi, że w czasie gdy studiowała na warszawskiej ASP wykładowcy nawet nie wspomnieli o tym jak utrzymać się z malarstwa.

– Miałam wrażenie, że jest to nawet ukrywane, aby studenci nie mogli stanąć na nogi po skończeniu studiów. Kadra na Akademii jest stara, może oni sami nie do końca żyli ze świadomością zmian w realnym świecie – mówi rozżalona.

Dr hab. Grzegorz Hańderek, prof. ASP, prorektor ds. kształcenia i studentów ASP w Katowicach mówi, że problem rzeczywiście istnieje, a uczelnie coraz mocniej próbują mu przeciwdziałać. – Moim zdaniem jest to problem polskiego rynku sztuki, który zamyka się w sobie. Mainstreamowe wystawy i galerie mają zupełnie inny klucz pozyskiwania nowych nazwisk, niż byśmy chcieli – mówi.

ASP, PIT, VAT

Historia uzdolnionej emigrantki nie dziwi Justyny Napiórkowskiej, historyka sztuki. Młodzi artyści których obserwuje często zupełnie nie potrafią poruszać się w realiach obiegu artystycznego. Akademie Sztuk Pięknych do tego niestety raczej nie przygotowują.

– Chodzi nie tylko o to, żeby wiedzieć, jak budować swoją artystyczną „reputację”, ale także po prostu jak formalnie funkcjonować na rynku sztuki, czyli na przykład że PIT to nie to samo co VAT. Uczelnie tego raczej nie uczą, ale urzędy skarbowe – wymagają. Młodzi malarze mogą w tym być zagubieni – mówi współwłaścicielka Galerii Sztuki Katarzyny Napiórkowskiej.

Katowicka uczelnia prowadzi program “Laboratorium Absolwent”, który wspiera absolwentów w poruszaniu się na rynku sztuki. – Program obejmuje przygotowanie odpowiedniego, czyli atrakcyjnego portfolio, przybliżanie specyfiki rynku sztuki. Ale ten rynek nie zawsze ma wymiar komercyjny. My nie uczymy ich sprzedawać obrazów. Pokazujemy raczej, jak przygotować swoją pracę, aby nie było to nudne – mówi prof. Hańderek. To kuratorzy roszczą sobie prawo do decydowania, kto znajdzie się w ich “stajni”.

Marta, która jak wiele jej koleżanek i kolegów nie potrafi sprzedać efektów swojej pracy wspomina słowa swojego nauczyciela z liceum plastycznego. – Uprzedzał mnie…”jak chcesz jeść suche bułki to idź na malarstwo. Na świeże nie będzie cie stać”. Jako dorastająca osoba odpowiedziałam, że bułka to bułka! I poszłam na malarstwo – wspomina.

Ukończyła malarstwo na warszawskiej ASP. Czuję się źle, że nie mogę zarobić na tym, co kocham. Chyba jest mi przykro. Chce służyć swoim talentem. Nie piszę o pieniądzach na tą świeżą bułkę. Kiedyś czytałam, ze “pieniądze to schronienie, pożywienie i akt dawania”. Nie wiem, albo tego talentu nie mam, albo nie mam komu służyć. Może nie trafiłam na odpowiednich ludzi. “Im więcej serca i pasji, tym więcej pieniędzy”; “Talent tworzy rynek”; “Wymiana z poziomu serca jest jakością decydującą o sukcesie i dostatku” itd , itd. Tak… to są zdania z mowy coachingowej. Tylko jak to się robi?

Winni sami studenci?

Na pozycję artystyczną w jakiś sposób należy zapracować. Tymczasem jak zauważa Napiórkowska, niektórzy studenci odnajdują w sobie żyłkę handlowca i usiłują pójść na łatwiznę. To może być szkodliwe także dla twórczości, która nie ma szansy się rozwinąć niezależnie od rynku.

Najpierw musi być cierpliwa praca i poświęcenie. Tymczasem niektórzy studenci chcą zacząć zarabiać zanim jeszcze ich warsztat zostanie oszlifowany. Oczywiście trudno się temu dziwić, po prostu starają się jakoś utrzymać. Ale przecież przyszli lekarze, nie posiadający jeszcze uprawnień nie leczą, tylko w czasach studenckich zarabiają pracą w innych dziedzinach, jeśli mają taką konieczność.

To także kwestia priorytetów. Większość wybitnych artystów nie od razu znalazła uznanie, a ich finanse zostawiały dużo do życzenia. – Decydując się na zawód artysty młodzi ludzie po prostu nie powinni myśleć głównie o pieniądzach – stwierdza Napiórkowska.

Zdarza się, że młodzi artyści proponują swoje obrazy w cenach wyższych niż obrazy artystów o potwierdzonym znaczeniu. Z drugiej strony w obiegu artystycznym różne opinie są także o aukcjach młodej sztuki. Artyści czasem cieszą się, że „pozbyli się” obrazów zza szaf, więc rynek zalewa oferta tańszych obrazów.

To również świadczy o niskiej świadomości tego, co i jak można skomercjalizować. Niskie ceny z tych „promocyjnych” aukcji są zdaniem Justyny Napiórkowskiej szkodliwe dla samych malarzy. – Kształtują na przyszłość poziom, który nie pozwala artystom na utrzymanie się w zawodzie. Wielu malarzy się na to uskarża – mówi blogerka naTemat.

Co zatem mogą zrobić młodzi malarze?

Szukać sposobu na siebie – to banał, ale w przypadku zawodów związanych ze sztuką, nikt nie przedstawi gotowych scenariuszy. Edward Dwurnik mówił w jednym z wywiadów, że nigdy nie planował finansowego sukcesu. – Kiedyś liczyłem złotówkę za centymetr kwadratowy, ale podniosłem cenę do 2 złotych. Chyba że obraz jest malutki, to 5 zł za centymetr – mówił w rozmowie z Forbes.

Jako artysta nigdy nie planowałem finansowego sukcesu. Moim zadaniem jest tworzyć, a że moje obrazy się podobają i dobrze się sprzedają, to mogę się tylko cieszyć.

Wielu młodych twórców myśli podobnie: jestem malarzem, nie biznesmenem. I czekają, aż zostaną odkryci i docenieni przez świat – również finansowo. Nie zawsze bywa tak, że udaje się przebić najzdolniejszym. Przeciwnie. Jak mówi Prof. Grzegorz Hańderek, jest wręcz odwrotnie. – To, co się podoba szerokiej publiczności przeważnie nie reprezentuje obiektywnej jakości artystycznej. Podobnie jest z muzyką. Najlepiej nie sprzedają się utwory, które w kręgach krytyków zostają uznane za najlepsze – mówi Hańderek.

Realia weryfikują marzenia

Decyzje młodych malarzy chcących zaistnieć powinna cechować konsekwentna postawa, ale także świadomość realiów. Jak mówi Justyna Napiórkowska, wbrew pozorom zawód artysty – kojarzony z wolnością i życiem bohemy – jest bardzo trudny i wymagający. – Wymaga poważnego podejścia i rzetelnej pracy. Bardzo ważną rolę w zakresie promocji artystów mają poważne galerie – nikt niczego lepszego niż funkcja marszanda nie wymyślił. Marszand potrafi wskazać zalety dzieła z należnym dystansem. Wspomaga także artystę – podpowiada historyk sztuki.

Marta twierdzi, że nie nosi w sobie żalu do warszawskiej ASP. – To bardzo fajna uczelnia, ale ma się nijak do życia po jej ukończeniu. Wiem, ze takich uczelni jest mnóstwo np. Akademia Muzyczna, Teatralna itd. Wiele jest zawodów, które nie dają stabilności – mówi.

Nasza rozmówczyni wspomina, jak w czasie studiów spotkała dość znaną menadżerkę. Zapytała mnie, co studiuję. Gdy dowiedziała się, że malarstwo, powiedziała: Będziesz musiała się “przebranżowić”. – To słowo wydało mi się wtedy śmieszne, dokładnie pamiętam ten moment i wiem, że dziewczyna wiedziała o czym mówi – kwituje malarka.

.

Krzysztof Majak | NaTemat.pl