Nasze głowy pełne są pustych obietnic!

Wchodząc w nowy rok, składamy sobie życzenia. Podejmujemy postanowienia. Chcemy się zmieniać: być lepsi, mądrzejsi, bardziej uważni. Przyrzekamy sobie, że coś zaczniemy robić, a czegoś innego robić już nigdy nie będziemy. I wierzymy, że potrafimy dotrzymać słowa. Niestety, los obietnic z lat minionych pokazuje, że w większości były one czczymi obiecankami. Gdzie tkwi tego przyczyna? Jak sobie obiecywać, by słowa dotrzymać? Jaka jest ta właściwa droga od postanowienia do spełnienia? Od deklaracji do prawdziwej zmiany?

Bridget Jones, bohaterka powieści Helen Fielding, jak co roku spisuje listę noworocznych postanowień. Deklaruje, że ograniczy palenie, picie, kupowanie rzeczy, których nigdy nie używa: maszyn­ki do makaronu czy „ambitnych książek nie do czytania, tylko do postawienia sobie dla szpanu na regale”. Obiecuje sobie, że nie będzie „lecieć na: alkoholików, pracoholików, związkofobów, żonatych lub mających dziewczyny, mizoginów, megalomanów, szowinistów, emocjonalnych popaprańców, pijawki i zboczeńców; irytować się przez mamę; wpadać w depresję z powodu braku faceta…”. W zamian stanie się bardziej uporządkowana, pewna siebie, asertywna, będzie oddawać bezdomnym ubrania, odkładać pieniądze, znajdzie nową pracę itd.

Jak to z postanowieniami noworocznymi bywa, praktycznie żadnego z nich nie udaje się Bridget wprowadzić w życie. Dlaczego? Podobnie jak Bridget, w nowy rok wkraczamy często z „mocnymi” postanowieniami: zacznę chodzić na pływalnię, ćwiczyć jogę, zapiszę się na kurs tańca brzucha albo na lekcje hebrajskiego, przestanę pić, nie będę palić, będę segregować śmieci, a w każdy weekend pójdę z dziećmi na spacer do parku…

Co i rusz składamy sobie i słyszymy od innych takie deklaracje. Większości z nich nie traktujemy zbyt poważnie. Kiedy Stefan ogłasza, że będzie chodził na siłownię, Mariola myśli, że długo to nie potrwa. Może pójdzie raz, a może kilka razy. Może przez tydzień lub dwa, a potem wszystko wróci do normy. Nie pierwszy to Nowy Rok i nie pierwsza postulowana zmiana w postępowaniu. Niewiele musi upłynąć czasu, żeby pojawiły się nowe (często te same!) postanowienia. Sprzyjają im magiczne punkty odniesienia: szczególne okazje, okrągłe daty i zaklinanie rzeczywistości.

Magiczne daty

Dlaczego postanawiamy robić coś od Nowego Roku, a nie od 16 listopada? Dlaczego od urodzin, a nie 17 dni po, dlaczego od poniedziałku, a nie od piątku? Dlaczego od początku miesiąca, albo od końca wakacji? Dlaczego nie od dziś, tylko od kiedyś tam? Po trosze dlatego, że wyznaczane terminy dotyczą przyszłości, a w im dalszej przyszłości są ulokowane, tym łatwiej je zaakceptować. To, co jest odległe, wydaje się łatwiej wykonalne, bardziej prawdopodobne. Ale to nie wszystko. Inne wyjaśnienie odwołuje się do potrzeby porządku, poszukiwania prostej struktury, wygodnego liczenia.

Punkty graniczne wyznacza się tak, aby łatwo było odliczać ile godzin, dni, miesięcy trwamy w naszym postanowieniu. Dzięki nim możemy mierzyć w miarę dokładnie postęp w działaniu, a to zapewnia nam – w jakiejś mierze – poczucie satysfakcji. Postanowienia czynione w szczególnych okolicznościach, np. te noworoczne, nabierają dzięki temu dodatkowego znaczenia. Wykraczają poza rutynę. Stają się ważniejsze niż inne sprawy czy działania. A rzeczy ważne mają większą szansę realizacji.

Skąd się bierze potrzeba zmiany? Znakomity grafik wrocławski, Eugeniusz Get-Stankiewicz, zarzucił kiedyś Wrocław samoprzylepnymi naklejkami (dziś powiedzielibyśmy wlepkami) z prostym komunika­tem: CZEGOŚ TU BRAK. Każdy, kto przeczytał, natychmiast rozglądał się wokół siebie i każdy stwierdzał, że czegoś rzeczywiście tu brak. Że jest inaczej niż być miało i być powinno. A jeśli tak, to coś trzeba z tym zrobić.

Pobożne życzenia

Większość postanowień Bridget Jones zaczyna się od słowa NIE. Wiele naszych pomysłów na temat zmiany to właśnie różne formy samoograniczenia. Każde zaś ograniczenie osobistej wolności, czy to pochodzące od innych, czy też własne, wzbudza opór – jak pokazał Jack Brehm – proporcjonalny do siły ograniczenia. To m.in. sprawia, że powstrzymywanie się jest wyczerpujące i niezbyt efektywne.

Deklaracje dotyczące zmiany osobistej są – jak się zdaje – trojakiego rodzaju. Pierwsze mają charakter pobożnego życzenia. Chciałabym schudnąć (albo nie chciałabym utyć).

Byłbym szczęśliwy, gdyby udało mi się zrobić prawo jazdy (albo nie chciałbym znowu oblać egza­minu). Byłoby świetnie, gdybym znalazła kogoś, kto mnie pokocha (nie wyobrażam sobie, że dalej mam być sama). Przedmiotem postanowienia jest w rzeczywistości stan upragniony i na tym koniec. Żadnych refleksji nad tym, jak do tego stanu dojść. Żadnej myśli o tym, co trzeba by zrobić, a czego uniknąć. W tej wersji postanowień odpowiadamy sobie tylko na pytanie: CO chcę, aby było.

Drugi rodzaj deklaracji jest bardziej zaawansowany: zamierzam to zrobić. To znaczy – ciągle rozważam, deliberuję, waham się. Wiem, co mnie interesuje, wiem czego chcę, ale mam też jakieś wyobrażenia o tym, JAK to zrobić. Nie jestem tylko pewny KIEDY. Takie pomysły na zmianę mogą być wieczne. Być może jeszcze nie teraz, ale z pewnością kiedyś to zrobię. To są przypadki rytualnych postanowień noworocznych, co rok odnawianych, ale nigdy nierealizowanych, bo ich czas jeszcze nie przyszedł. Choć w przekonaniu samych zainteresowanych ich spełnienie jest tylko kwestią czasu.

Ale jest jeszcze inny wariant postanowień, najbardziej kompletny. Zawiera w sobie odpowiedzi na pytania: CO? JAK? KIEDY? Słowem, zrobię to! Zrobię to właśnie, a nie coś innego. Zrobię to w ten, a nie inny sposób. Zrobię to wtedy, w czasie od – do. Ramy czasowe są tu bardzo ważne. Jeśli działanie ma określone ramy czasowe, to większe jest prawdopodobieństwo, że zostanie zrealizowane.

Mierz wolę na zamiary

Dotrzymywanie lub często niedotrzymywanie postanowień wiąże się także z problemem samokontroli. Roy Baumeister i jego współpracownicy dowodzą, że utrata samokontroli leży u podstaw większości niepowodzeń w realizacji podjętych działań. Samokontrola opiera się na puli posiadanych zasobów poznawczych (uwagi, pamięci), a szczególnie zasobów energetycznych. Zasoby zaś wyczerpują się w miarę realizacji zadań. Na szczęście, również odnawiają się – czy to poprzez sen, czy inne formy regeneracji. Problem zaczyna się wtedy, gdy wyczerpane zasoby nie zostaną w porę odnowione. Ponieważ czynności samokontroli pochłaniają dużo energii i zasobów poznawczych, łatwo dochodzi do ich naruszenia i rozchwiania systemu kontrolnego. Innym powodem zaburzeń samokontroli jest niewłaściwa dystrybucja zasobów (np. działanie wedle zasady „wszystko albo nic”).

Kiedy w planie mamy wiele różnych zadań, kiedy wiemy, że po pierwszym zadaniu będą następne, nieroztropną jest rzeczą dawać z siebie wszystko już podczas wykonywania tego pierwszego, bo szanse na porządne wykonanie zadania drugiego natychmiast maleją. To dlatego tak ważne jest, aby mieć wyobrażenie czasowej struktury zadań.

Zasadniczą rolę w obalaniu naszych planów i unieważnianiu postanowień mają też pokusy i przeszkody – przy czym te pierwsze bardziej niż drugie. Pokusa jest bowiem atrakcyjna i bliska. Jest pociągająca i pozostaje w polu widzenia, w zasięgu ręki. Jeżeli otwieramy lodówkę i znajdujemy tam apetyczne ciasto, to musimy walczyć z pokusą sięgnięcia po nie. Natomiast świadomość, że ciastko leży w ciastkarni na drugim krańcu miasta pokusy bynajmniej nie tworzy.

Pokusom ulega ponad dwie trzecie ludzi – tak wynika z badań nad oszukiwaniem w sytuacji pokusy, prowadzonych m.in. przez Waltera Mischela, Zbigniewa Kościa, a także moich i Magdaleny Marszał-Wiśniewskiej. Pokusom ulegamy nawet gdy nie są one zbyt duże, także wtedy, gdy uległość pokusie pociąga za sobą naruszenie normy – w naszych badaniach przykładem tego było twierdzenie, że rozwiązało się zadanie, które de facto jest nierozwiązywalne. Natomiast przed uległością wobec pokus powstrzymuje nas najczęściej lęk: przed zdemaskowaniem i przed nieuchronną karą.

A co z przeszkodami? Od czasów prac Theodore’a Newcomba z lat sześćdziesiątych minionego wieku wiadomo, że w obliczu przeszkody koncentrujemy uwagę na celu, albo – częściej – na obronie własnej wartości, własnej pozycji. W pierwszym przypadku intensyfikujemy działania, szukamy lepszych sposobów osiągnięcia celu. W drugim – deprecjonujemy cel, przeszkody traktujemy jak „brutalny atak”, uznajemy, że są sprawy ważniejsze. Przede wszystkim zaś przerzucamy odpowiedzialność za porażki na czynniki zewnętrzne.

Zauważyć też można, że ważnym powodem, dla którego zdarza się nam rezygnować z realizacji postanowień, jest dysproporcja między kosztami działania (takimi jak: wysiłek, czas, rezygnacja z innych wartościowych planów) i osiąganymi gratyfikacjami. Także fakt, że dotychczasowe działania w niewielkim tylko stopniu lub wręcz w żadnym nie zwiększyły prawdopodobieństwa sukcesu – tak jakbyśmy cały czas pracowali na jałowym biegu.

Prof. dr hab. WIESŁAW ŁUKASZEWSKI jest psychologiem. Pracuje w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej Wydział Zamiejscowy w Sopocie. Członek Komitetu Nauk Psychologicznych PAN. Jest członkiem redakcji czasopism naukowych: „Czasopisma Psychologicznego”, „Przeglądu Psychologicznego”, „Kwartalnika Psychologii Rozwojowej” oraz członkiem rady naukowej „Charakterów”. Autor m.in. Szans rozwoju osobowości i Wielkich pytań psychologii.

tekst oprac. na podst. Charaktery 1/2009