Mity na temat przyjaźni

Często powtarzamy utarte przekonania na temat przyjaźni. A przecież w dobrej przyjaźni jest trochę dystansu, miejsce na oddech. Ten rodzaj bliskości wcale nie musi polegać na tym, by nie mieć przed sobą tajemnic.

Najpierw eksperyment. Wyobraź sobie, że zaczepiasz przypadkowe osoby w parku, w knajpie czy na zakupach i zadajesz im jedno pytanie: jak się pan/pani teraz czuje? Zapisujesz poziom nastroju osób krążących samotnie, tych z rodziną – mężem, żoną, dziećmi, i tych, którzy są w towarzystwie przyjaciół. Jak sądzisz, która z tych grup będzie mieć najlepszy humor?

Tak, zgadłeś, przebywający z przyjaciółmi! Takie właśnie doświadczenie przeprowadził psycholog prof. Reed W. Larson. Okazuje się, że jedna z największych korzyści z posiadania przyjaciół to dobry nastrój, w który nas wprowadzają. Pewnie dlatego, że zwykle robimy z nimi przyjemne rzeczy i dzielimy zainteresowania. Ale też ważne jest, że dają nam wsparcie, również niewerbalnie. Są z nami, bo po prostu chcą, dla nas samych.

Przyjaźń jest jedną ze składowych dobrostanu człowieka. Zaspokaja potrzeby szacunku, miłości czy bliskości. No, ale skąd się przyjaźń w ogóle wzięła? Po co jest człowiekowi, skoro nie wiąże się z przedłużaniem gatunku?

Mężczyźni szukali koalicjantów w dążeniu do władzy, do celu, do ataku bądź obrony. Kobiety zaś potrzebowały przyjaźni do budowania i utrzymania wspólnoty. Tym też można tłumaczyć nieco inną formę przyjaźni damsko -damskich i męsko -męskich. Te pierwsze opierają się w większym stopniu na rozmowie, zwierzaniu się, te drugie – na wspólnym działaniu. Jak to ujął psycholog Paul Wrigh: kobiety przyjaźnią się częściej „twarzą w twarz”, mężczyźni zaś – „ramię w ramię”.

Ten nieco inny wzorzec przyjaźni między kobietami a mężczyznami może tłumaczyć też niewielki odsetek przyjaźni międzypłciowych. Jak wynika z badań, stanowią co najwyżej 10 proc. relacji przyjacielskich w danej społeczności. Zważywszy wszystkie trudności (na przykład kulturowe, niepozwalające na zbytnią zażyłość kobiet i mężczyzn poza małżeństwem) i pokusy (natury erotycznej, która może zamienić przyjaźń w namiętność), to i tak sporo, prawda? I tylko świadczy o sile takich związków.

Przyjaźń wydaje się bardziej stała niż namiętna miłość, która zwykle jest nieprzewidywalna (przynajmniej dla samych zainteresowanych), zaborcza, zazdrosna. Przyjaźń pozwala łatwiej znosić zarówno życiowe trzęsienia ziemi, jak i trudności codziennego życia, także te związane np. z małżeństwem. Nic więc dziwnego, że w toksycznych związkach damsko-męskich często jedna strona dąży do odcięcia tej drugiej od przyjaciół.

Przyjaźń nie żąda wyłączności, nie liczy też czasu, który minął od ostatniego spotkania. Innymi słowy – przyjaźń to samo dobro! Czysty zysk! Na pozór sprawa jest prosta: przyjaciele to ludzie, których lubimy, którym wierzymy i których towarzystwo nas satysfakcjonuje. Tak przynajmniej brzmi definicja stworzona przez wybitnego angielskiego psychologa społecznego Michaela Argyle’a. Dotyczy nieco pojemniejszego angielskiego „friend”, a nie polskiego „przyjaciela”.

Ten lekki terminologiczny rozdźwięk nie oznacza, że ludzie inaczej przyjaźnią się w Anglii, inaczej w Polsce, Meksyku czy Arabii Saudyjskiej. W każdej kulturze i każdych czasach istnieje bowiem ten „prawdziwy” przyjaciel, friend, amigo, sadik. Bliski, godny zaufania. Niekoniecznie jedyny, ale z pewnością odgrywający w naszym życiu wyjątkową rolę. Nie jest łatwo zbudować przyjaźń, a potem dbać o nią, by nie uschła. Tym bardziej że przyjaźni towarzyszą utrwalone w kulturze mity, które utrudniają budowanie relacji.

Mit 1. Od przyjaciela można żądać wszystkiego

Paulina znała Agnieszkę z poznańskiego liceum, ale zaprzyjaźniły się dopiero na studiach. „Okazało się, że świetnie się rozumiemy. Tym bardziej że obie w tamtym czasie potrzebowałyśmy wsparcia” – wspomina Paulina Ona, bo próbowała się wyrwać z ramion nadopiekuńczej matki i zaborczego chłopaka. Agnieszka, bo była praktycznie bez rodziny – jej rodzice wyjechali za granicę, mieszkała u wujków, zaszła w ciążę z jakimś przypadkowym mężczyzną. Rozmawiały codziennie, rozumiały, co druga ma na myśli, czuły, że bez siebie nawzajem będzie im w życiu dużo trudniej. „Byłyśmy jak siostry” – mówi Paulina.

Gdy zerwała w końcu z zaborczym chłopakiem, zakochała się w innym i postanowiła wyprowadzić się z domu, Agnieszka ją wspierała. „Tyle że po dwóch tygodniach wprowadziła się ze swoim  półtorarocznym synem do wynajmowanego przez nas mieszkania. Nie umiałam odmówić, w końcu miała ciężej niż ja, czułam się za nią odpowiedzialna. Zresztą to miało być tylko na kilka dni” – wspomina Paulina. Kilka dni przedłużyło się do kilku miesięcy. Paulina oddała jej jeden z dwóch pokoi, często opiekowała się synkiem Agnieszki, zrezygnowała z robienia u siebie imprez (bo mały śpi lub jest chory), nie mówiąc o przekonywaniu swojego chłopaka, że na razie innego wyjścia nie ma. „Sytuacja nie służyła mojemu związkowi, ale widzę to dopiero teraz, po latach” – mówi Paulina.

W końcu ona i jej chłopak znaleźli pracę w Warszawie. Okazało się, że Agnieszka może bez problemu zamieszkać u swojej babci w Poznaniu. Przyjeżdżała jednak często do stolicy (synek potrzebował specjalistycznego leczenia). Nie tylko zatrzymywała się u Pauliny – to było dla obu naturalne, ale kazała też po siebie wychodzić na dworzec – w środku dnia, narażając Paulinę na problemy w pracy: „Mam walizkę i małego na ręku. Nie dam sobie sama rady”. „Cały świat, a zwłaszcza ja, mieliśmy jej stale pomagać” – wspomina Paulina.

W końcu Agnieszka związała się ze wspólnym znajomym i też przeprowadziła się do Warszawy. Teraz miało już być lepiej i łatwiej – każdej z nich osobno, ale także między nimi. – „Wtedy Agnieszka zaczęła się ze mnie przy każdej okazji podśmiewać. Wbijać szpile. Atakować, oczywiście w białych rękawiczkach. »Jak ty coś palniesz!«, »Ty i te twoje fobie!«… Doskonale znała moje słabe strony, celowała więc w sedno. Czułam się zdradzona” – wspomina Paulina.

Co się wydarzyło? Paulina do tej pory nie wie. Być może Agnieszka, gdy sama stanęła na nogi, poczuła się zawstydzona korzystaniem z pomocy Pauliny i chciała pokazać, że już sama świetnie sobie radzi? A może oczekiwała od Pauliny kolejnych poświęceń, a gdy ich nie widziała, odrzuciła przyjaciółkę na dobre? „Szybko zaczęło między nami iskrzyć, bo ja też znałam jej słabe strony i też wiedziałam, gdzie uderzyć” – przyznaje Paulina. To Agnieszka zerwała znajomość. Dziś widują się może raz do roku u wspólnych znajomych. Udają, że się nie widzą.

Która z nich zawiodła? Która nie stanęła na wysokości zadania? No właśnie – zadania. Zamiast cieszyć się swoim przyjacielskim związkiem, Agnieszka traktowała go jak zadanie dla Pauliny. Przynajmniej tak to dziś widzi ta druga.

„Przyjaźń to jest więź zbyt delikatna na to, by przetrwać naciski wynikające z dostarczania pomocy, np. pomocy finansowej lub przejęcia mieszkania, doglądania chorych dzieci, pomagania w znajdowaniu pracy lub w kłopotach z policją” – pisze Michael Argyle w książce „Psychologia stosunków międzyludzkich”. Do tego dochodzi tzw. negatywna norma wzajemności, czyli zasada „jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”. Gdy jedna strona coś przeskrobie, druga odpłaca pięknym za nadobne. Cios goni cios, spirala negatywnych stwierdzeń czy działań się nakręca. Jako przyjaciele mamy o sobie ogromną wiedzę, podobnie jak np. w małżeństwie. Wiemy, co zaboli najbardziej, więc ranimy się za każdym razem ciut mocniej. Chodzi o to, żeby w sytuacji kryzysowej tę spiralę przerwać. Nie zadawać kolejnego ciosu.

Mit 2. Prawdziwa przyjaźń się nie kończy

Mały Książę i Lis, Ania Shirley i Diana Barry z Zielonego Wzgórza, Sherlock Holmes i doktor Watson – mit przyjaźni do grobowej deski, którym karmieni jesteśmy od dzieciństwa, jest jednym z najsilniejszych na temat przyjaźni. I ma fatalne skutki. Zakłada, że niezależnie od tego, co zrobimy, przyjaciel nas nie opuści. A niby dlaczego?

Z przeprowadzonych przez Michaela Argyle’a badań wynika, że do zerwania przyjaźni wcale nie trzeba wiele. Najczęstszy powód to bycie zazdrosnym lub krytycznym wobec innych związków partnera (bardzo ważne lub ważne dla 57 proc. badanych), omawianie z innymi powierzonych nam sekretów (56 proc.), brak dobrowolnej pomocy w potrzebie (44 proc.), brak zaufania (44 proc.), ale też publiczna krytyka przyjaciela (44 proc.) i brak pozytywnych uwag pod swoim adresem (42 proc.). Czasami wystarczy zwykłe zaniedbanie: brak czasu na spotkania, rozmowę przez telefon, napisanie listu. Dla wielu ludzi to wyłącznie forma, ale tak naprawdę wspólnie spędzany czas to właśnie treść przyjaźni.

„Nie jest to wyłącznie powierzchowne, ponieważ wspólne spędzanie wolnego czasu łączy ludzi we wzajemne podtrzymujące się sieci przynależności, towarzysko zaś dostarcza wsparcia społecznego” – pisze Argyle.

Wspólne spędzanie czasu to jeden z pięciu języków miłości, którymi ludzie wyrażają zażyłość i oddanie. Pozostałe to działania na rzecz drugiej osoby, kontakt fizyczny (wbrew obiegowej opinii on też jest ważny w przyjaźni), słowa oraz podarunki. W tym ostatnim przypadku obdarowujemy przyjaciela jakimś darem, to może być także np. oddanie krwi, gdy tego potrzebujemy, nie oczekując niczego w zamian. Przyjaźń realizuje się w działaniu. Czyny w przyjaźni są ważniejsze niż słowa. Odkładając przyjaźń na później (bo przecież nic się jej nie stanie, to przecież wieczna przyjaźń!), tak naprawdę skazujemy ją na powolną agonię. Gdy będzie nam znów potrzebna, może się okazać, że nic z niej już nie zostało.

Mit 3. Przyjaźń się nie zmienia

Żona dyplomaty ma romans z imigrantem, redaktorka w katolickim piśmie dowiaduje się, że jej syn jest gejem – „Rówieśniczki” to książka o przyjaźni czterech dorosłych już kobiet. A raczej historia tego, co z przyjaźni zostaje, jeśli na czas nie wydoroślejemy. „Dobra przyjaźń nie przeszkadza nam w rozwoju oraz toleruje i rozumie zmiany, które w nas zachodzą” – mówi Katarzyna Tubylewicz, autorka „Rówieśniczek”, na stałe mieszkająca w Sztokholmie.

„W dobrej przyjaźni jest trochę dystansu, miejsce na oddech, ten rodzaj bliskości wcale nie musi polegać na tym, by nie mieć przed sobą żadnych tajemnic i spędzać wspólnie cztery wieczory w tygodniu”

Dojrzała przyjaźń to jakaś wspólnota wartości, wzajemna inspiracja, wsparcie, kiedy trzeba. Wszystkim nam zdarzają się też w życiu przyjaźnie, które nie zdają egzaminu czasu, oraz takie, które są wręcz trochę destrukcyjne, bo przyjaźń, podobnie jak miłość, nie zawsze musi się udać.

W przyjaźni, jak w miłości, też są okresy zauroczenia, wręcz namiętności (choć bez aspektu seksualnego). To tak zwany miesiąc miodowy, choć oczywiście może on trwać znacznie dłużej. Najpierw nie dostrzegamy wad przyjaciela, tym bardziej że i od niego dostajemy same pozytywne bodźce. Angażujemy się w przyjaźń, dostajemy z niej to, co najlepsze – bliskość, zaufanie. Następuje stabilizacja.

I wtedy pojawiają się pierwsze rysy, pierwsze razy. „Miesiąc miodowy się kończy, gdy doświadczenia negatywne przeważają nad pozytywnymi. Wtedy związek może się zakończyć albo przekształcić, dojrzeć”. Ważne jest, żeby swojego przyjaciela cały czas widzieć takim, jakim naprawdę jest. I dać mu prawo do zmiany.

.

Anita Szarlik | Focus Coaching