Maja Włoszczowska: Przez rozczulanie stajemy się słabsi!

Kiedy ktoś okazywał mi współczucie, łzy płynęły mi po policzkach. Sama dawałam sobie radę ze wszystkim, ale najgorszy był widok tych, których zawiodłam – mówi podwójna medalistka igrzysk olimpijskich w kolarstwie górskim Maja Włoszczowska.

Czy kobiety są silniejsze od mężczyzn?

Pewnie nie można generalizować, ale skoro kobiety rodzą dzieci, to muszą być bardziej wytrzymałe, odporne na ból i cierpienie. Mężczyźni często zgrywają twardzieli, ale kiedy dolega im coś drobnego, szukają blisko siebie osoby, która ich zrozumie i której będą mogli się wyżalić. Wtedy pokazują w sobie dużo słabości. Chociaż np. podczas Tour de France i panowie potrafią wiele znieść.

 Odporność na ból jest w głowie?

Ból na treningu czy po kontuzji to nic strasznego. Łatwo sobie z nim poradzić, bo wiadomo, że wkrótce minie. Kiedy złamałam nogę, wiedziałam, że zaraz przyjedzie pomoc, że dostanę morfinę, później poświęcę trochę czasu na rehabilitację i wszystko będzie dobrze. Ból podczas wyścigu też jest koszmarny, często się zastanawiam, po co w ogóle mi to wszystko, ale potem jest meta i można odpocząć. Wystarczy się odpowiednio zaprogramować, wytrzymać to wszystko.

To jaki ból jest najgorszy?

Myślę, że mogłaby coś o tym powiedzieć Anna Szafraniec. Ma problemy z sercem, dziewczyna, która całe życie funkcjonowała w sporcie, nie może teraz podejmować żadnej aktywności fizycznej, bo jest duże ryzyko arytmii, hospitalizacji i poważnych konsekwencji. Miała wykonywanych już kilka ablacji i lekarze na razie nie znajdują innych rozwiązań, by poradzić sobie z jej problemami. Jestem pod wrażeniem, jak Ania sobie z tym radzi, że odnajduje radość, jasną stronę życia, potrafi żartować i normalnie funkcjonować.

Kontuzja wyeliminowała panią z igrzysk w Londynie, obserwowała pani jednak zawody na żywo, stojąc na trasie. Bolało?

Noga mi puchła, przyjemnie nie było.

Przecież nie o to pytam.

To był najtrudniejszy dzień w mojej karierze. Jakbym nie była na miejscu, pewnie przeżyłabym to spokojniej. Oglądałam wyścig, do którego przygotowywałam się bardzo długo, mając świadomość, że mogłabym go wygrać. I nagle okazało się, że los mi to wszystko zabrał. Co chwila podchodzili do mnie kibice i mówili: „Pani Maju! Dlaczego pani po tej stronie taśmy? Przecież dla pani kupiliśmy bilety!”. Serce mi pękało. Byłam przekonana, że wywalczę złoto.

Jak się ogląda taki wyścig?

Może tylko pierwsza Julie Bresset jakoś żwawo się poruszała, bo miałam wrażenie, że wszystkie inne dziewczyny jechały bardzo wolno. Czułam, że strasznie się męczą, a jak zamykałam oczy, to wyprzedzałam je bez większego problemu, jedną po drugiej.

Płakała pani?

Cieszyłam się, że mam okulary przeciwsłoneczne. Łzy płynęły mi cały czas, szczególnie kiedy ktoś do mnie podchodził. Bo ja tak mam, tuż po kontuzji było podobnie. Kiedy byłam sama, to świetnie sobie radziłam, ale jak odwiedzili mnie trener Marek Galiński czy fizjoterapeuta Mariusz Rajzer, wszyscy, którzy mi pomagali, czułam się, jakbym ich zawiodła. To było najtrudniejsze. Kiedy przyjechałam do Polski, a w szpitalu odwiedziła mnie mama albo prezes Polskiego Związku Kolarskiego Wacław Skarul – znowu to samo, znowu był ciężki dzień. Sama potrafiłam się odciąć, skupić na tym, by jak najszybciej wrócić do treningu, ale widok tych, którzy na mnie liczyli, był trudny do zniesienia. Współczucie w oczach tych osób dawało mi przyzwolenie, by się roztkliwić.

Pani nie potrzebowała współczucia?

Nie. Mama mnie nauczyła, że załamywanie rąk niczego konstruktywnego nie wnosi. Tak, czasami coś człowieka z równowagi wyprowadzi i trzeba sobie pokrzyczeć albo popłakać, żeby wyrzucić z siebie emocje, ale to nie ma nic wspólnego z rozczulaniem się nad sobą. Przez rozczulanie stajemy się słabsi, trudniej nam wziąć się w garść. Zawsze, kiedy coś mi dolegało, albo miałam jakiś problem, mama kazała mi brać kartkę i się ogarnąć, zastanowić się czemu jest tak, a nie inaczej, i wypisać to w punktach. Razem z planem działania. To naprawdę skuteczne, krok po kroku energia zaczynała wracać, zatrzymywałam toczącą się śniegową kulę złych emocji. Najprościej byłoby się załamać i powiedzieć, że jestem biedna, bo kontuzja przytrafiła mi się w najgorszym momencie. Pewnie przez chwilę by nawet ktoś ze mną popłakał, ale szybciutko by o mnie zapomniano. Siedziałabym wtedy sama w domu i pogrążała się w depresji.

Po wypadku od razu wiedziała pani, że jest źle?

Wystarczyło mi, że spojrzałam na stopę. Informacja była jasna i klarowna: tego nie da się szybko wyleczyć. Ból był koszmarny.

Zastanawia mnie, czemu kazała pani wtedy Oli Dawidowicz robić zdjęcie. Myślałem, że w takiej sytuacji to ostatnia myśl, która przychodzi do głowy.

Noga boli, ale umysł działa. Widziałam obok siebie Olę, która biegała jak kurczak bez głowy i nie wiedziała, co ma zrobić. Musiałam pomyśleć za nią, powiedzieć jej, żeby zabrała mój rower z trasy, bo zaraz ktoś inny będzie miał wypadek. Wydawałam dyspozycje. Miałam ten komfort, że to mnie bolało.

Komfort?

Miałam dosyć i chciałam, żeby przestało boleć, ale wiedziałam, że od tego nie umrę. Ola tego nie wiedziała, słyszała tylko, jak wrzeszczę. Chciała mi pomóc, a nie wiedziała jak, była spanikowana.

No dobrze. Ale po co zdjęcie?

Kiedy w 2009 roku w Canberze poleciałam twarzą prosto na skały, sytuacja była dramatyczna. Opuchlizna była tak duża, że do momentu, gdy dostałam sterydy, nie widziałam zbyt dobrze. Podbródek miałam w połowie szyi. Pielęgniarka zapytała mnie po wszystkim, czy zrobiłam sobie zdjęcie. Pomyślałam: „co za idiotka”. Stwierdziła, że będę kiedyś ciekawa, jak to wyglądało. Miała rację. Przypomniałam sobie jej słowa po wypadku przed igrzyskami w Londynie. Zrobiłyśmy to zdjęcie z czystej naukowej ciekawości – żeby zobaczyć, jak później z czymś takim poradzi sobie organizm.

Pomoc szybko dotarła na miejsce?

Najpierw przyjechali włoscy „goprowcy”, powiesili kroplówkę z morfiną na drzewie i przygotowywali mnie do transportu. Mimo znieczulenia czułam się bardzo słabo. Nie było helikoptera, dojechaliśmy zwykłą karetką do punktu medycznego, a później jeszcze 60 kilometrów do szpitala. Zestawiali mnie we Włoszech, w Polsce operowano mi piątą kość śródstopia, najmniejszą. Złamana była także kość stępu, odpowiedzialna za pozostałe, pozrywane były także wszystkie więzadła. Doktor Krzysztof Ficek powiedział jednak, że niczego nie będziemy ruszać, bo zagoi się samo. No i nie mogę narzekać, może nie mam stopy w stu procentach sprawnej, ale daję radę.

Podobno w czasie rehabilitacji miała pani chwile zwątpienia, kiedy długo nie było widać efektów…

Kubły z zimną wodą wylewały się na mnie regularnie… Doktor Google nie mógł mi pomóc, więc próbowałam na całym świecie. Trafiłam do Szwajcarii, do jednego z najbardziej polecanych specjalistów, który pochwalił pracę doktora Ficka, ale zalecił operację usunięcia zbliznowacenia w stawie. Przeszłam ten zabieg, początkowo było lepiej, jednak później efekty były marne, bo zanim wróciłam do rehabilitacji, zbliznowacenia znowu zdążyły narosnąć. Ale sytuacja była na tyle dobra, że nawet z ograniczonymi możliwościami ruszania stopą mogłam jeździć.

Forma nie wracała jednak szybko?

Była żenująca. Nie byłam w stanie podjechać pod górkę, której normalnie nie zauważam. Trudno było mi się z tym pogodzić, ale na szczęście pomógł mi Marek Galiński, rozpisał zajęcia z niską mocą. Teraz, kiedy jadę i widzę na mierniku 200 wat, to jest słabo, wtedy pracowałam na 100 watach i musiałam to zaakceptować. Marek działał na mnie uspokajająco, tłumaczył, że tak musi być, a ja mu wierzyłam.

Galiński to dla pani bardzo ważna osoba. Na ręku nosi pani opaskę z jego mottem „Just do your job”, założyła pani fundację jego imienia.

Jeśli chodzi o sport, to mój guru, ale to także człowiek, który miał w sobie dużo ciepła, życzliwości. Był całkowicie oddany swoim zawodnikom. Nie chciał nic w zamian: ani pieniędzy, ani żadnych podziękowań w mediach. Nie liczył na splendor, wszystko załatwiał po cichu. Zawsze reagował na prośby o pomoc. Angażował się w swoją pracę, miał wiedzę popartą doświadczeniem, ale uczył nas także zabawy sportem. Na każdym treningu żartował. Pomógł mi w bardzo trudnym momencie, kiedy rozstałam się z poprzednim trenerem. Wtedy miałam mało motywacji do treningu i nie wiem, jakby się wszystko potoczyło, gdybym nie spotkała Marka na swojej drodze.

Powiedziała pani kiedyś, że nikt nie wie, jak jest silny, dopóki nie będzie musiał się o tym przekonać.

To nie moje, przeczytałam w jakiejś książce. Taka jest prawda. Ludzie radzą sobie z niewyobrażalnymi trudnościami, kiedy nie mają wyjścia, takie sytuacje budzą w nas lwy. Kontuzja przed igrzyskami była przełomowym momentem w mojej karierze, ale ważne było też to, co się działo przy tej okazji. Holenderska drużyna zawodowa, która miała ze mną podpisać kontrakt przed kontuzją, zaufała mi i podpisaliśmy umowę na wcześniej uzgodnionych warunkach. Okazano mi szacunek. Ale nie było tylko miło – straciłam wsparcie związku, idąc do grupy zawodowej, chociaż wcześniej jeździłam zawodowo w Polsce. Nauczyłam się wtedy, że nie ma sensu walenie pięścią i domaganie się swoich praw. Doszłam do wniosku, że poradzę sobie sama, inaczej. Na zgrupowanie mogę pojechać z kim innym, do kogoś innego, tam pomoże mi moja grupa. Wyszło fajnie, a jak byłam dwukrotnie druga na zawodach Pucharu Świata, to związek kolarski sam się odezwał i zapytał, czy czegoś nie potrzebuję. Mogłabym tracić dużo energii, krzycząc wcześniej: „Przecież przynosiłam medale przez tyle lat i coś mi się należy!”, a ja po prostu poczekałam.

Skąd brała pani siłę do cierpliwości?

Jeśli jesteśmy zdeterminowani, wytrzymałość przychodzi sama. Żeby coś osiągnąć, trzeba wierzyć, że jest to realne. Tak jak przed igrzyskami w Rio de Janeiro. Nie byłam kandydatką do medalu, ale mocno wierzyłam nawet w to, że wygram. OK, Szwedka Jenny Rissveds była szybsza, zajęłam drugie miejsce, ale dwa tygodnie wcześniej, albo później, to ja mogłam być najlepsza. Za same chęci i wiarę medali oczywiście nie dają – musiałam ciężko pracować. I tego samego oczekiwałam od ekipy ze mną współpracującej. Musieliśmy też uniknąć presji, że ten medal muszę wywalczyć za wszelką cenę.

Jak uniknąć presji?

To długi proces, aby z głowy wykreślić myślenie o podium. W tym całym szaleństwie najlepiej nie zapomnieć o zabawie. Wszystko idzie lepiej, gdy podchodzi się do tego, szukając przyjemności. Czasami mam cholernie ciężki trening, klnę na trenera za to, co znowu wymyślił, ale tak naprawdę to dla mnie frajda. Bo znowu przekroczyłam swoje możliwości, bo znowu wygrałam ze słabościami. Mogę analizować w spokoju dane z miernika mocy, mogę pojechać wieczorem na trening techniczny ze świadomością, że ten poranny został porządnie wykonany. Kiedy nie myślę o wyniku, zdejmuję z siebie presję. Muszę po prostu stanąć na starcie i pojechać jak najlepiej. Na początku kariery w ogóle nie musiałam nad tym pracować. Lubiłam jeździć, ścigać się i nie wpływało to na moją psychikę. Miałam pozytywne podejście, może nie że amerykańskie, ale pozytywne.

Co to znaczy amerykańskie?

Kiedyś dołączył do nas Polak amerykańskiego pochodzenia i na każdym wyścigu dostawał straszne baty. Kończył wyścig, przez chwilę był niezadowolony, ale zaraz mówił: „No, ale za tydzień to wygram”. Nawet nie, że będzie lepiej, tylko że wygra. To był jakiś wyższy poziom pewności siebie, dla mnie nieosiągalny, raczej śmieszny. Na początku też nie miałam problemu ze stresem czy oczekiwaniami. Przed igrzyskami w Atenach w 2004 roku kandydatką do medalu byłam tylko dla polskich mediów. Bo wcześniej raz stanęłam na podium mistrzostw Europy.

Jak sobie pani poradziła z tymi oczekiwaniami?

Tydzień przed startem spanikowałam przez myśli, co się stanie, jeżeli wrócę bez medalu. No i zajęłam szóste miejsce.

I co się stało?

Nic. Świat się nie zawalił, karuzela kręciła się dalej.

To pomogło nabrać luzu?

W ostatnich latach dużo pracowałam nad głową, próbowałam z psychologami, ale tak naprawdę żaden mnie do siebie nie przekonał. Sami jesteśmy w stanie wymyślić to, co dla nas najlepsze, albo mogą nam pomóc bliskie osoby, jak mama, albo ekipa, z którą współpracowałam. Przed igrzyskami w Rio miałam zgrupowanie w Kolumbii i tam, podczas treningu, moja fizjoterapeutka powiedziała, że „Jeśli Maja to spierd…, będzie kicha”. Niestety, usłyszałam. Musiałam jej wytłumaczyć, że nie ma takiej możliwości, żeby coś zepsuć, że zwyczajnie musimy dać z siebie wszystko, a jak nam nie wyjdzie, to nadal mamy cieszyć się życiem i tym, co robimy. Jeżeli pojawiały się jakieś napięcia, to wszyscy próbowali tonować nastroje, właśnie po to, żeby nie stracić radości. Nie pamiętam wyścigu, podczas którego byłam tak spokojna, jak ten, który dał mi srebrny medal w Rio.

Naprawdę potrafi się pani bawić startem na igrzyskach?

Przede wszystkim skupiam się na wykonaniu zadania, ale jeśli znajdzie się miejsce na zabawę, trzeba to wykorzystywać. Pamiętam, jak na treningu pojechałam z trenerem od techniki, Arkiem Perinem, sprawdzić zmieniony fragment trasy. Powiedział, że skoro już tam jesteśmy, powinniśmy pojechać kawałek dalej poskakać na „flip flopach” – to odcinek trasy z czterema dziurami do przeskoczenia – bo taki fajny… Na początku spojrzałam na niego jak na wariata, po czym stwierdziłam, że… Czemu nie? Sam wyścig już jest mało zabawny. To walka na granicy możliwości, wygrywa ten, kto popełni mniej błędów, kto więcej wytrzyma, także psychicznie. Kolarstwo górskie to skomplikowana dyscyplina, nie tylko siłowa, ale też techniczna, często potrzeba również szczęścia. Kiedy umiera się na rowerze z bólu, ciężko szukać w tym przyjemności, raczej myśli się o tym, żeby przeżyć. Ale czasem dochodzi jakaś dodatkowa motywacja, kiedy ścigam się z kimś, kogo mniej lubię, i dopinguję się tym, że nie może być przede mną. Jeśli dopinam swego, czuję satysfakcję. Wtedy to dopiero jest zabawa.

W sporcie nie ma miejsca na przyjaźnie?

Walczymy na całego, nie ma żadnych przyjacielskich gestów, ale tak naprawdę to większość swoich rywalek bardzo lubię. Na mecie zawsze jest rewelacyjna atmosfera, przepraszamy się za to, że któraś niechcący zajechała drogę. Po wyścigu zawsze analizuję, gdzie pojechałam dobrze, na którym odcinku kogoś wyprzedziłam. Na początku trenowałam, żeby startować, teraz raczej startuję, żeby trenować. Oczywiście starty to wielkie wydarzenie, spotkania z ciekawymi ludźmi, różne miejsca i emocje, ale wysiłek, jaki wkładam w wyścig, od dawna frajdą już nie jest.

Dwa razy była pani na igrzyskach druga…

I byłam absolutnie zadowolona, choć przegrałam złoto i stojąc na podium, miałam przez chwilę uczucie, że byłam blisko zwycięstwa. Oczywiście, że marzy mi się hymn na igrzyskach. Na początku sezonu miałam duży głód zwycięstw, zwłaszcza po drugim miejscu w Albstadt, kiedy prowadziłam przez cały wyścig i w ostatniej rundzie wyprzedziła mnie Jana Biełomojna. Miałam w sobie złość, zastanawiałam się, ile może być tych drugich miejsc. Irytowało mnie to. Ale potem przychodziła refleksja, że na świecie jest tylu sportowców, którzy nawet nie potrafią się zbliżyć do czołówki. A przecież wszyscy dodatkowo mobilizują się na te najważniejsze starty.

Medale mistrzostw Europy czy świata są tak samo ważne jak te z igrzysk?

Igrzyska są ważniejsze. Zwłaszcza w mojej niszowej dyscyplinie. Mało nas jest w mediach, a po medalu w Pekinie sama widziałam, jak wszystko się zmieniło – stałam się bardziej rozpoznawalna, pojawiły się nowe możliwości i perspektywy. Po drugim krążku w Rio jest jeszcze lepiej. Wydaje mi się, że wzrósł szacunek do moich dokonań po tym, jak wróciłam na igrzyska po ośmiu latach, jak udało mi się wygrać z kontuzją. Zobaczyłam, że cieszę się uznaniem także w innych środowiskach niż sportowe, ludzie interesują się moją karierą. Igrzyska są raz na cztery lata, medal daje dużą satysfakcję.

Powiedziała pani kiedyś o sobie, że jest specjalistką w omijaniu kłód rzucanych pod nogi.

Ja tak powiedziałam? To raczej w wywiadach robi się ze mnie uciemiężoną, która tak wiele razy upadała. A tak naprawdę poza urazem przed igrzyskami w Londynie i upadkiem na twarz w Canberze nie miałam większych problemów. Od 14 lat jestem nieprzerwanie w czołówce, co roku mam wyniki, którymi mogę się pochwalić.

Lubi pani blichtr?

Czasem biorę udział w różnych programach telewizyjnych trochę z rozpędu. Nauczono mnie, że naszego sportu nie ma w mediach zbyt dużo, dlatego trzeba korzystać z okazji, by zdobyć kibiców. To po prostu profesjonalne podejście do zawodu, na tym także polega moja praca. Myślę przy tym bardziej o sponsorach, których teraz mam, niż o walce o kolejnych. Różne firmy we mnie zainwestowały i chcę, by była to dla nich także wymierna wartość.

Krzysztof Hołowczyc przyznał wprost: „Sprzedałem twarz mediom, muszę się godzić na zaczepki kibiców”. Ma pani problem z popularnością?

Czasami jest bardzo miło, kiedy na drugim końcu świata podchodzi do mnie Polak i cieszy się ze spotkania. Bywa to jednak wyczerpujące, zwłaszcza gdy zaczepia mnie wielu kibiców naraz. Nie jestem w stanie poświęcić każdemu z nich choćby chwili. Problem mam też po wyścigu, gdy tak naprawdę marzę jedynie o tym, by się położyć. Kibiców muszę szanować, bo dzięki nim mogę w ogóle jeździć na rowerze, czyli robić to, co kocham. Poświęcają swój czas, przychodzą na zawody. Frajdę z kontaktu z nimi mam jednak tylko wtedy, kiedy jestem wypoczęta. Jak na przykład podczas powitania w Jeleniej Górze po igrzyskach. Łzy wzruszenia cały czas cisnęły mi się do oczu.

Trzyma pani media trochę na dystans. Granica jest wyraźnie ustalona.

Moje życie prywatne nie powinno interesować nikogo, a uchylić drzwi za bardzo i pozwolić mediom wejść za daleko jest bardzo łatwo. Tak naprawdę nie jestem jednak zamknięta, mojego chłopaka Przemka wszyscy znają, mama często pojawia się w telewizji, razem byłyśmy twarzami kampanii reklamowej przed igrzyskami w Rio. Nie chciałabym jednak przekroczyć tej cienkiej linii, nie chciałabym, żeby ludzie zapomnieli, że Maja Włoszczowska jest kolarką, że ma dwa medale igrzysk, że pokonała kontuzję i że może być wzorem w niepoddawaniu się, że może być przykładem. Szybko stałabym się kolejną celebrytką, a ani się tak nie czuję, ani bym tego nie pragnęła.

Uroda pomogła pani w karierze?

Ale jak? Że jak raz na rok mogę się ubrać w kieckę i pójść na Bal Mistrzów Sportu, to robię to z przyjemnością? Jestem normalną kobietą, lubię się pokazać, lubię być adorowana. Nie idzie za tym żadna myśl związana z wizerunkiem i sponsorami. Uwielbiam się bawić, kiedy siła i nastrój mi pozwalały, to nie schodziłam z parkietu aż do porannej jajecznicy, ale nie po to, by zrobiono mi zdjęcie. Na co dzień przywiązuję umiarkowaną wagę do swojego wyglądu. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że jestem w pewnym sensie produktem marketingowym. I tu na pewno uroda pomaga.

Świadomie buduje pani swój wizerunek?

Nie mam żadnego planu, nie rysuję na chodniku nieprzekraczalnej linii. W mediach staram się funkcjonować naturalnie, ale i tak czasem dostaję po głowie. Ostatnio byłam gościem u Jarosława Kuźniara i w internecie zawrzało od anonimowych wpisów, które krytykowały mnie za to, że w ogóle zgodziłam się przyjąć zaproszenie. Pół Polski mnie znienawidziło. Zastanawiałam się nawet, czy nie wrzucić zdjęć z wizyty w TVP, ale pomyślałam, że jak mnie znienawidzi drugie pół Polski, to już cały kraj będę miała na głowie.

W mediach zaatakowano panią także za to, że zwolniła pani trenera kadry Andrzeja Piątka.

Nie ja go zwolniłam, ale oczywiście to ja okazałam się „tą złą”, wszystko skupiło się na mnie. Nie było to łatwe, było mi bardzo przykro, ale jednocześnie nie miałam siły z tym walczyć, bo tylko traciłabym energię. Nie czytałam komentarzy, skupiałam się na przygotowaniach do igrzysk. Zdobyłam medal mistrzostw świata, wygrałam Puchar Świata. Oczywiście docierały do nas informacje, że na mistrzostwach Polski rozwieszane są obrażające mnie transparenty i chociaż miałam ochotę pójść do jakiegoś popularnego programu telewizyjnego i powiedzieć całą prawdę, razem z Markiem Galińskim zdecydowaliśmy się nie wchodzić w polemikę. To była bardzo dobra decyzja i takiego podejścia się trzymam.

Za feminizm też się pani dostało.

Oczywiście. Skoro wzięłam udział w akcji, w której namawiałam kobiety, żeby były silne, realizowały swoje pasje i marzenia, to przecież wszystko musi być podszyte polityką, a ja muszę być feministką. Nauczyłam się unikać wrażliwych tematów, chociaż w Polsce to trudne.

W Polsce dobra kobieta to matka Polka?

Zależy w jakich środowiskach.

Mówi pani: „Nie wyobrażam sobie życia bez startów i met. Wiem, że powinnam pomyśleć o dzieciach, ale nie wiem, czy się do tego nadaję”.

Mam wielu znajomych, którym ostatnio urodziły się dzieci, i wszyscy są tak zmęczeni, tak przepracowani, że zupełnie nie wyobrażam sobie, jak to jest być w takim stanie. Oczywiście wiem, co to ciężka praca, jednak jazda na rowerze to zupełnie inny rodzaj zmęczenia. Mam komfort drzemki między treningami, wysypianie się to mój obowiązek i część pracy. Mam do dyspozycji fizjoterapeutkę i mechanika. Kiedy postawię się na miejscu matki, wyobrażam sobie, że muszę się zająć dzieckiem, tak jak wszyscy się zajmują teraz mną. Muszę się wcielić we wszystkie osoby, z których pomocy korzystam. To chyba byłby jednak szok. Aczkolwiek przykłady Moniki Pyrek czy Otylii Jędrzejczak pokazują, że sportowcom także udaje się urządzić normalne życie po życiu.

Boi się pani powiedzieć wprost, że nie chce mieć dzieci?

Nie. Uważam, że to nasza prywatna sprawa, czy je chcemy mieć czy nie. Jasne, że lepiej, by wszyscy się na dzieci decydowali, ale nie można do tego zmuszać i tępić kogoś za to, że ich nie chce. Nie widzę w tym nic złego, czasami tak lepiej dla wszystkich. Niechciane dzieci też by cierpiały. Tyle że ja nie jestem zdeklarowana po żadnej stronie. Rzeczywiście mam obawy, czy się do tego nadaję, bo jestem przyzwyczajona do niezależności i bardzo to sobie cenię. Mam 34 lata i mogę robić co chcę. Ale absolutnie dzieci nie wykluczam. Jeżeli poczuję instynkt macierzyński, to się na nie zdecyduję.

Od piątego roku życia po rozwodzie rodziców była pani wychowywana przez mamę.

I od niej brałam najwięcej siły. Nie dlatego, że wkładała mi coś na siłę do głowy, ale po prostu była świetnym przykładem. W domu zawsze był porządek, obiad czekał w lodówce, mimo że miała bardzo mało czasu. Moja mama zawsze ciężko pracowała i nigdy nie narzekała. Jasne, czasem marudziła, ale tak po ludzku – na zmęczenie, a nie na życie ani na przeszkody. Nie miała ze mną większych problemów, lubiłam się uczyć. Ukończyłam matematykę finansową, bo to także była moja pasja. Logiczne myślenie przydaje się wszędzie, chociaż może nie jest do niego niezbędny rachunek różniczkowy. Nie miałam jednak pewności, czy chcę spędzić całe życie na rowerze, myślałam, że kolarstwo będzie moją pasją, a sama będę szła ścieżką naukową. Dopiero w połowie studiów okazało się, że moje wyniki pozwalają mi myśleć o zawodowstwie. Jestem jednak realistką, pamiętałam, że karierę może skończyć jedna kontuzja. A co finansista, to finansista.

Nie trzeba się tak męczyć.

Przez 20 lat w sporcie musiałam wszystko sobie poukładać. Sylwester Szmyd, przez długi czas jedyny Polak w zawodowym peletonie, powtarzał, że jeżeli jednego dnia nie będzie mi się chciało pójść na trening, to wykażę brak szacunku dla wszystkich dni, kiedy szłam na trening bez marudzenia. I tak naprawdę zaszkodzę sama sobie. Motywację łatwiej utrzymać, mając w pamięci, ile wyrzeczeń jest już za mną. Ostatnio nie chce mi się chodzić na siłownię, ale idę, bo wiem, że jak odpuszczę, to potem będę dwa razy bardziej cierpiała z powodu bólu mięśni nieprzyzwyczajonych do ćwiczeń siłowych.

Na co dzień nie brakowało pani taty?

Rodzice się rozstali, tak potoczyło się ich życie, ale z tatą miałam i mam dobry kontakt. Rzadki, ale dobry. Każde dziecko chce mieć obok siebie dwoje rodziców, ale nie pamiętam, żebym miała jakiś problem. Jeździliśmy z bratem do taty do Częstochowy, on przyjeżdżał do nas.

W pani życiu jest w ogóle czas na myślenie o tym, co będzie po zakończeniu kariery?

Są ludzie, którzy idą do pracy na cały dzień, a jeszcze dwie godziny poświęcają na dojazdy do biura. Akurat czasu wolnego mam sporo, ale większym problemem są wyjazdy. Teraz jestem tydzień w domu po ponad miesiącu spędzonym na zgrupowaniach, zaraz wyjadę na dwa miesiące. To na pewno nie ułatwia budowania związku. Wydawało mi się, że sytuacja zmieni się po igrzyskach, jednak kiedy pojawiła się szansa na wygranie Pucharu Świata, to od razu mi się lampki w głowie zapaliły. Że jeszcze potrenuję, że zgrupowanie wysokogórskie, że dobry trener, że muszę się sprężyć. Był moment, kiedy byłam zmęczona kolarstwem, ale ciągle pojawiają się nowe motywacje. Teraz jest nią możliwość promowania polskiego brandu w świecie. I współtworzenia jednej z najlepszych drużyn w rankingu Międzynarodowej Unii Kolarskiej. Ostatnio w głowie zaczęła krążyć nawet myśl o igrzyskach w Tokio. Partner musi zrozumieć duszę sportowca.

I pani partner rozumie?

Może przerwa, jaką mieliśmy, dobrze nam zrobiła. Wcześniej przez wiele lat byłam sama, nauczyłam się, że wszystko organizuję tylko pod siebie. Trudno w takim momencie przestawić się na bycie z kimś i zaakceptować jeszcze, że druga strona może mieć jakieś oczekiwania. Myślę, że to problem wielu sportowców. Ciągle wokół nas jest grupa osób tylko do naszej dyspozycji. Na zgrupowaniu w Kolumbii przed igrzyskami w 2016 roku było to pięć osób, które obchodziły się ze mną jak z jajkiem. „Cicho, bo Maja ma drzemkę”, „Uwaga, bo Maja jest zdenerwowana”. Łatwo się przyzwyczaić do takich luksusów i łatwo mogą uderzyć do głowy. Przerwa w moim związku z Przemkiem być może pomogła mi zrozumieć jego potrzeby. Nie wiem, czy to ja dorosłam, czy Przemek nabrał dystansu do mojego stylu życia. Fajnie, że udaje mu się przyjechać do mnie na kilka dni zgrupowania. Nauczył się też, że w czasie startów lepiej mi schodzić z drogi, bo jestem elektryczna. Na szczęście napięcie odpływa po mecie i mam nadzieję, że wtedy da się ze mną żyć.

— rozmawiał Michał Kołodziejczyk. Wywiad ukazał się w magazynie Plus|Minus