Jakich kompetencji brakuje Polakom?

Jakich kompetencji społecznych brakuje dziś Polakom? Wrażliwości, szacunku dla innych, umiejętności współpracy? A może przydatniejsze są teraz narcyzm, tupet, brutalne forsowanie swoich racji i zwykłe lizusostwo?

Kompetencje społeczne – to bez mała nowa religia. W całej gospodarce ludzie od rekrutacji wydają się popadać w tej mierze w obłęd: testom, niekiedy karykaturalnym, na kompetencyjność społeczną poddawane są nawet aplikantki na sprzątaczki. Tysiące starających się o jakąkolwiek robotę przechodzą przez tzw. assesstments, czyli m.in. konieczność odgrywania scenek w potencjalnych sytuacjach społecznych, co oczywiście wielu uważa za upokarzający idiotyzm. Ale też z zestawienia najbardziej pożądanych kompetencji na rynku pracy w 2016 r. wynika, że najważniejsze są te społeczne (komunikatywność w równie wysokiej cenie, jak umiejętność pracy w multikulturowym środowisku i wielozadaniowość).

Obowiązująca podstawa programowa, pisana – jak się to mówi – językiem wymagań, zapowiada, że każdy uczeń ma wynieść ze szkoły kompetencje społeczne. Ba, punkt pierwszy podpunkt pierwszy podstawy programowej przedszkoli opisuje, jakie dokładnie kompetencje społeczne ma posiąść absolwent przedszkola. Parlament Europejski uchwalił osiem kompetencji kluczowych Europejczyka i te społeczne zajmują tam równoległe miejsce z elementarną umiejętnością porozumiewania się w mowie i na piśmie językiem ojczystym.

Twardo o miękkich

Niestety, to społeczno-kompetencyjne wzmożenie ma mizerne efekty. Polscy uczniowie co prawda w ostatnich latach efektownie poprawili swoje wyniki w testach PISA, ale tylko w aspekcie wiedzy szkolnej. Gdy badano np. umiejętność życia w zespole, wypadali o połowę gorzej niż średnia w Europie. Polska szkoła nadal uczy głównie wiedzy podręcznikowej, odtwarzanej w trakcie sprawdzianów i egzaminów – komentują te wyniki autorzy raportu o polskim kapitale społecznym, który powstał pod auspicjami ministra kultury i dziedzictwa narodowego.

Badacze ubolewają nad brakiem tzw. kompetencji miękkich u polskich szefów, a pracodawcy, zwłaszcza ci, którzy pracowali na Zachodzie – że brakuje ich pracownikom. Jak odpowiadają w badaniach Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, „największym deficytem” są następujące nieumiejętności: nawiązania kontaktu z klientem (34 proc. szefów się na to uskarża), rozwiązywania problemów (32 proc.), pracy w zespole (22 proc.). Ale tylko 3,5 proc. polskich studentów (ten sam raport PARP) uważa, że komunikatywność i umiejętność pracy zespołowej są naprawdę ważne dla pracodawcy.

Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z kolejnym modnym, pustym frazesem?

Pewnie gdyby przeprowadzić powszechną sondę, co to są te kompetencje, ujawniłby się spory zamęt pojęciowy i niepewność, na ile są one wrodzone, dziedziczne oraz kiedy i jak wyuczalne. Ta rozmaitość pojęć i poglądów dotyczy także nauk społecznych i neurobiologii – wcale nie dają one gotowych odpowiedzi.

Bestsellerem ostatnich lat w tej mierze jest „Inteligencja społeczna” Daniela Golemana, psychologa i popularyzatora nauki, autora wcześniejszej „Inteligencji emocjonalnej”. Do obu książek świat akademicki ma stosunek zróżnicowany – od entuzjazmu po sceptycyzm, niemniej jednak Goleman podejmuje dzielną próbę pozbierania twardej wiedzy z rozmaitych dziedzin, a termin „inteligencja społeczna”, snujący się w psychologii od lat 20, uważa za wart reanimacji w obliczu odkryć dokonanych głównie dzięki funkcjonalnemu rezonansowi magnetycznemu, czyli obserwacji mózgu „przy robocie”.

Jest przekonany, że nasz gatunek odniósł sukces ewolucyjny dzięki zaprogramowaniu na życie społeczne. Używa metafory „mózg społeczny” na sumę obszarów i mechanizmów nerwowych, które kierują ludzkimi interakcjami. Dość powiedzieć, że człowiek ma miliony razy więcej niż najbliższa mu małpa człekokształtna komórek wrzecionowatych, dzięki którym m.in. w mgnieniu oka jest w stanie podjąć decyzję, czy facet, którego pierwszy raz widzi na oczy, to wróg czy przyjaciel. Ma komórki zwierciadlane (neurony lustrzane), które wyczuwają ruch, jaki ma wykonać druga osoba, rozpoznają już z wyrazu oczu jej uczucia oraz przygotowują do naśladowania i współodczuwania. Ma ciało migdałowate – centrum wczesnego ostrzegania mózgu, kompulsywnie i automatycznie badające wszystko, co się wokół dzieje.

„Mózg społeczny” szwankuje u cierpiących na autyzm. Nie działa u osób z klinicznie zaburzoną osobowością – skrajnych narcyzów i psychopatów. Ale w zdecydowanej większości jesteśmy wyposażeni w układ biologiczny, który nieustannie dostraja nas do innych. Działa zrazu bez udziału świadomości. Jak to przenośnie nazywa Goleman – informacje i bodźce docierają do człowieka drogą niską lub wysoką. Pierwsza to droga mokra, ociekająca emocjami. Droga wysoka jest sucha, chłodna, racjonalna. Tyle że układ mokry działa w czasie mózgowym kilkakrotnie szybszym niż suchy. Robert Heinlein, pisarz science fiction, słusznie skonstatował: „Człowiek nie jest zwierzęciem racjonalnym, lecz racjonalizującym”.

Z tym „niskim” wyposażeniem rusza w życie niemowlę i ćwiczy komunikatywność, empatię i skłonność do współdziałania od pierwszych gruchań i uśmiechów w trakcie słodkiej protokomunikacji z matką. Tę właśnie gotowość – do natychmiastowego zarażania się emocjami, a nawet dużo mniej uchwytnym nastrojem – człowiek objawia przez całe życie. To fundament ludzkiej – obojętnie, czy zwać to inteligencją czy kompetencjami – umiejętności życia z innymi. Nie tylko celowe wychowanie, ale wszelkie doświadczenia społeczne kształtują ludzki mózg. Rozwija się w nim to co używane, zastyga co bezużyteczne.

Spis dolegliwości

W Polsce mamy dziś do czynienia z licznymi wirusami, które sprawiają, że potencjalne kompetencje mutują w swoje karykaturalne przeciwieństwa. Zaczyna się od dzieci. Cóż po światłych ustawowych zapisach o umiejętności współpracy w zespole, jeśli cały system edukacyjny został podporządkowany prawu testu i dyktatowi rankingu? I to osobliwej odmianie tej wyścigowej kultury, bo przecież nie chodzi w niej o to, by wykazać się wiedzą na określonym poziomie, ale by inni okazali się gorsi.

Limity tzw. zdawalności egzaminów maturalnych ustawione są nisko, ale każdy uczeń dostaje dziś aż nadto czytelny komunikat społeczny: im inni będą gorsi od ciebie, tym ty zajdziesz wyżej (dostaniesz się do lepszej szkoły, na lepsze studia itd.). To hoduje skrajny indywidualizm, egotyzm – dyspozycje, które mają prawo wydawać się znacznie przydatniejsze do życia niż umiejętność kooperacji.

Z upodobaniem wzmacnia je telewizyjna popkultura, która w przebojowych show-formatach lansuje już nie tylko tańczące „gwiazdy”, kreuje na „idoli” nastolatków, ale wyłania „małych gigantów”. Zarabia na dostarczaniu plebejskiej rozrywki z poprzebieranych w seksowne ubrania dziewczynek i chłopczyków, których stymuluje do mądrzenia się i popisów totalnego rozbrykania. To niesie komunikat potężnej społecznej wagi: tak wolno, tak trzeba, tak jest fajnie. Bądź śmiały, wygłaszaj swoje mądrości, kłóć się. Mów dorosłym po imieniu.

Bardzo subtelną kompetencją społeczną jest umiejętność odczytywania konwencji towarzyskich obowiązujących w danej społeczności (np. jaki dowcip będzie w dobrym tonie, jaki strój jest właściwy), a także formalnej i nieformalnej hierarchii, jaka istnieje niemal w każdej, choćby doraźnie sformowanej, grupie (niektórzy badacze do tej właśnie umiejętności ograniczają pojęcie inteligencji społecznej).

Teraz studentom zdarza się zwracać per „pani Krystyno” do wykładowczyni o dwa pokolenia starszej. Dyspozycją, która weszła w miejsce owej „umiejętności odczytu”, wydaje się bezgraniczny tupet. W miejsce skromności wdarła się pycha. Bo komunikat płynący z popkultury brzmi: będziesz gwiazdą, jeśli bez wahania wypowiesz się publicznie na temat macierzyństwa, sosu do krewetek, poezji, wydarzeń w Donbasie i jednomandatowych okręgów wyborczych.

Za sprawą „celebrytów wielokrotnego użytku”, pod naporem infantylizmuekshibicjonizmu, ustępuje pokora wobec eksperckiej wiedzy i jakichkolwiek autorytetów. Dyspozycje do wyprzedaży prywatności i mądrzenia się na każdy temat zapewniają dziś tzw. sławę, czy raczej „bycie znanym”, powszechnie utożsamiane – jak zgodnie twierdzą socjologowie – z sukcesem. Ważne przy tym, by bez wstydu dokonywać „ekspresji siebie”.

Umiarkowane poczucie zażenowania, świadomość, że jestem stale oceniany przez innych, wchodzi w skład kompetencji społecznych. Dziś w cenie jest przeciwna dyspozycja: narcyzm. Nieuzasadnione poczucie wszechwiedzy i wszechwyjątkowości, któremu ostatecznie można dać wyraz na jakimś forum internetowym, kipiąc nienawiścią, wydając autorytatywne sądy i wyzywając innych od idiotów. Na oślep i dosadnie.

Różni badacze różnie szeregują ważność kompetencji społecznych, ale sztuka prowadzenia rozmowy i rozstrzygania sporów zawsze jest na poczesnym miejscu, bo to sama esencja komunikacji z drugą istotą ludzką. Wchodzenie w słowo, przekrzykiwanie, epitety, demagogiczne i personalne argumenty – to jest styl standardowej debaty telewizyjnej lub radiowej, w której bierze udział przynajmniej dwóch polityków. Ich bezlitosne, najchętniej chamskie starcie jest zasadą, wedle której działa cała tzw. publicystyka polityczna w tych mediach. Więcej, nawet rozmowy jednego publicysty z jednym politykiem wydają się zazwyczaj z założenia służyć gladiatorskiemu starciu, łapaniu za słówka, prowokowaniu do wpadki. Żeby było co cytować na paskach.

Kiedy wymyślono debatę przed wyborami prezydenckimi, gdzie każdy z kandydatów miał limitowany czas i nie mógł wchodzić pozostałym w słowo, komentatorzy nieomal zgodnym chórem oburzali się nazajutrz: co to za debata?! To też niesie potężny, groźny i fałszywy przekaz społeczny: komunikacja międzyludzka służy brutalnemu forsowaniu racji, temu, żeby za wszelką cenę moje było na wierzchu.

Po latach wsłuchiwania się w patologiczną awanturę między dwoma głównymi siłami politycznymi trudno uwierzyć, że biologia stworzyła człowieka (w tym Polaka) do wsłuchiwania się w drugiego, rozumienia jego słów i intencji, poszukiwania tego, co łączy, a nie dzieli. Do współodczuwania, czyli świadomości, że kogoś coś rani, poniża, odbiera godność. Słowem, do empatii.

Daniel Goleman ogromne zagrożenie dla kompetencji komunikacyjnych widzi nie tyle w samej sieci, ile w tym, że dla wielu, zwłaszcza młodych, staje się ona jedynym kanałem kontaktu z drugim człowiekiem. Bez patrzenia w oczy. Bez aktywowania komórek lustrzanych, mózgowej bazy empatii. Nieużywanie ich może sprowadzić na nasz gatunek ślepotę emocjonalną.

Podobnie jak inna zmora współczesności, którą socjologia nazywa „transem wielkiego miasta”. Klasyczne eksperymenty dowiodły, że nic bardziej nie dewastuje uważności na drugiego człowieka niż pośpiech – śpieszący się człowiek po prostu nawet nie zauważy w drzwiach, przez które przechodzi, kogoś, kto zwija się z bólu.

Uważność jest kompetencją społeczną, jej przeciwieństwem – instrumentalne traktowanie ludzi. Zauważam drugiego, o ile jest mi w czymś pomocny albo jest w czymś przeszkodą. Postrzeganie ludzi w kategoriach przydatny – obojętny przenika dziś atmosferę wielu firm.

Kult skuteczności i pragmatyzmu, kult wyniku i cięcia kosztów sprowadziły na tysiące pracowników chroniczny strach i nadmierny stres (wg badań Centralnego Instytutu Ochrony Pracy – doświadcza go 60 proc. pracowników, niezależnie od zawodu i pozycji). Prowadzone przez speców od zarządzania analizy, jak stres wpływa na wydajność, nie pozostawiają wątpliwości.

Nie tylko realne poczynania, ale sama atmosfera wściekłości, wrogości, agresji potrafią zawiesić robotę. Zła mina szefa może sparaliżować dzień pracy na wszystkich szczeblach. Ale wielu polskich szefów (oczywiście do stresu nawykłych) stosuje archaiczną metodę zarządzania: kija i marchewki. Straszyć (choćby marsem na czole) i nagradzać wedle kaprysu. Kij za asertywność (to ważna kompetencja społeczna, polegająca m.in. na tym, by nie dać się zajeździć na śmierć), marchewka za lizusostwo, które jakże często wyraża się dziś umiejętnością symulowania najwyższych obrotów, dyspozycyjności 24 godziny na dobę i bezgranicznego oddania firmie.

Czas na antyciała

Powtórzmy: egotyzm, tupet, pycha, narcyzm, infantylizm, ekshibicjonizm, instrumentalne traktowanie ludzi, brutalne forsowanie swoich racji, lizusostwo. Czy powinniśmy się godzić, że na tym ma polegać współczesna „inteligencja społeczna”? Czy w takie właśnie „kompetencje” (de facto – pokraczne przeciwieństwa kompetencji społecznych) człowiek miałby teraz wyposażać własne dzieci, by poradziły sobie w świecie społecznym?

To, oczywiście, niepełna lista wirusów atakujących polskie życie zbiorowe. Ostra konkurencja gospodarcza, urynkowienie takich dziedzin, jak edukacja czy opieka medyczna, upowszechnienie komunikacji sieciowej, trywializacja mediów – cały świat zachodni na to choruje. Tyle że w tej części Europy (bo podobne problemy np. z edukacją mają inne kraje środkowoeuropejskie) jest jakby mniej ciał odpornościowych.

Warto zatem trochę się w tej mierze podciągnąć. Od czego zacząć? Może nie od amatorskich i niezrozumiałych assesstments. Od początku. Od punktu pierwszego podpunktu pierwszego programu przedszkola. Brzmi: „Dziecko kończące przedszkole obdarza uwagą dzieci i dorosłych, aby rozumieć to, co mówią i czego oczekują; grzecznie zwraca się do innych w domu, przedszkolu, na ulicy”.

Nie tylko o dzieci chodzi. Zastąpmy słowo dziecko terminem „każdy normalny dorosły człowiek”. Zacznijmy od postawienia tych elementarnych wymagań sobie: mówmy dzień dobry w windzie, patrzmy w oczy, słuchajmy. Potem – nauczycielom, lekarzom, szefom, politykom, publicystom… Edgar Poe, słynny poeta, zwierzał się, że jeśli chce zrozumieć, co czuje druga osoba, przybiera najpierw jej minę. Zacznijmy się szczepić na wojnę wszystkich ze wszystkimi choćby w ten sposób.

.

(Ewa Wilk | Tygodnik Polityka)