Jak sklepy kreują promocje? 8 chwytów, których można uniknąć!

Jak  sklepy kreują politykę promocji cenowych? Zebraliśmy 8 najczęstszych chwytów, które stosują sieci delikatesów, popularne drogerie czy osiedlowi mechanicy. Żywe case study, na których warto się uczyć i jako handlowiec, i jako Klient.

Szerokie pole promocji

W miejscu niewinnego napisu „Promocja” wielu klientów widzi pulsujący neon o treści „OKAZJA, SPIESZ SIĘ”. Sprzedawcy wiedzą to już doskonale i pod płaszczykiem promocji sprzedają nam wiele artykułów, na które w pełni świadomi zapewne byśmy się nie zdecydowali. Oto pierwszy chwyt:

Dwa za jeden – w zestawie taniej. Obok kuszącego zestawu na pewno będą stały te same przedmioty osobno. Bardzo często okazuje się, że w zestawie wychodzi znacznie drożej. Albo za tę samą pojemność opakowania zapłacimy więcej, albo zapłacimy tyle samo, tyle że za mniej – bo artykuły w promocji są mniejsze.

Promocja, o której nie wie system kasowy

Zdarza się jednak, że natrafimy na zestaw kosmetyków w atrakcyjnej cenie. Na przykład, przy kupnie szamponu, odżywkę otrzymamy za złotówkę. I bardzo szybko klient uczy się, ponieważ człowiek uczy się cale życie, że o wszystkich promocjach należy pamiętać przy kasie i oglądając paragon.
Promocja może bowiem nie figurować w systemie sklepu. Ktoś jej po prostu nie wprowadził. To znaczy, że na półkach kuszą promocyjne etykietki, ale przy kasie zapłacimy już zupełnie normalnie.

Dziś w promocji: bolońskie

W dzisiejszych trudnych czasach klient może wyjść sfrustrowany nawet ze stoiska garmażeryjnego popularnych delikatesów. Niektóre promocje mogą jednak skończyć się szybciej niż się zaczęły.
Jak napisała nam zaprzyjaźniona fejsbukowiczka: „Byłam w sklepie X, poszłam do stosika naleśnikami na wagę i patrzę – oho, bolońskie w promocji. Więc poprosiłam dwa, ale jak je dostałam przezornie spojrzałam na cenę – i okazało się, że cena za kilogram taka jak zwykle, bez promocji. Zapytałam więc dlaczego, na co obsługa za ladą nieco zakłopotana stwierdziła, że nie wie dlaczego te naleśniki miały być w promocji i na moich oczach zdjęła kartkę z promocyjną ceną z etykiety przy naleśnikach. I po problemie.”

Złoto dla zuchwałych (i spostrzegawczych)

A ten sposób ćwiczy pamięć i spostrzegawczość klientów. Można by rzec, że zakupy jest to rozrywka wzbogacająca duchowo. Zdarza się bowiem, że nie szukając specjalnie promocji, po prostu bierzemy przedmiot z półki i chcielibyśmy właśnie tyle zapłacić za niego w kasie, ile wynosi jego cena według etykiety na półce. Jeśli na półce wystawionych zostało kilka produktów tej samej marki, na przykład kawy mielone firmy X, to właśnie przychodzi pora na ćwiczenie wzroku. Czy nazwa tej kawy, którą mamy w koszu, jest tożsama z nazwą kawy, dokładnie, co do słowa, z kawą wymienioną na etykiecie? Następnie przy kasie przychodzi pora na ćwiczenie pamięci – teraz należy sobie przypomnieć, ile ta kawa miała według nas kosztować. Bo okazuje się, że kosztuje dwa razy więcej. Ponieważ etykieta dotyczyła produktów wystawionych pół metra dalej. Chwyt ten skrótowo określamy „metki z niskimi cenami przy droższych artykułach”.

Wyprzedaże

Kochamy wyprzedaże. Miłością czystą, entuzjastyczną, prawdziwą. Ale nie lubimy tanich chwytów z wyprzedaży. A do takich należy zaliczyć informowanie klientów o obniżonych cenach (40 % taniej!), a następnie – zaklejenie ceny „starej” nową naklejką, często np. zwracającym uwagę pomarańczowym kolorze, z wyższą ceną. Czyli po obniżce ceny towaru z okazji wyprzedaży, cena w magiczny sposób jest bez zmiany lub nawet wyższa. To nie legenda miejska, po Internecie krążą zdjęcia z podobnymi metkami.

Podobnym chwytem jest podwyższenie cen tuż przed wyprzedażą, by potem obniżyć je podczas wyprzedaży do normalnego poziomu. Wybierając się na zakupy podczas sezonowych wyprzedaży, warto więc orientować się, ile dane przedmioty kosztują na co dzień.

Nieczytelne etykiety

Zasadzki na klienta czają się nawet wśród jabłek. Pośród wystawionych w równym szeregu koszy z jabłkami na wagę ukryte są 4 razy droższe jabłka sprzedawane na sztuki – mają identyczne etykiety, a wyrażenie „na szt” napisane jest na nich mikroskopijną czcionką. Na oko spieszącego się klienta, jedne od drugich są nie do odróżnienia.

U mechanika

Czy można znać się na wszystkim? Czy lekarz popatrzy na nas złośliwie, jeśli zamiast fachowo nazwać staw skokowy, powiemy, że boli nas kolano? Raczej nie.
Mechanicy jednak nie składają przysięgi Hipokratesa. Ten, na którego trafiłam, mógł się natomiast spotkać z przysięgą Hipokryty. Oceniają gości swoich warsztatów na oko i gdy stwierdzą, że klient lub klientka nie są ekspertami od motoryzacji, zaczynają się dziać cuda.

Podczas wymiany oleju postanowiłam kupić filtr już w warsztacie. Dostałam rachunek o połowę wyższy od spodziewanego. – Wstawiamy markowe części – pochwalił się mechanik – a koledzy z okolicznych warsztatów mają podobne ceny. To do widzenia.

Wróciłam do domu. Nie dostałam paragonu. Po sprawdzeniu cen w Internecie, już wiedziałam dlaczego. Tu ważna wskazówka – zaraz na początku wizyty w warsztacie należy głośno obwieścić, że chcemy rachunek za wszystkie użyte części. Mechanik, wręczając mi fakturę, już nie był tak pewny siebie. Na rachunku były wyszczególnione najtańsze polskie zamienniki.

Reklamacja – kliencie, nigdy tu nie wracaj

Po udanych zakupach przychodzi czas na reklamacje. Klient kupił skórzane buty za kilkaset złotych. Niefortunnym zbiegiem okoliczności szybko się rozpadły. Sklep jednak odrzucił reklamację, mimo ewidentnej wady towaru. Kupiec musiał więc udać się do rzecznika konsumentów. Potem musiał zapłacić samodzielnie za opinię rzeczoznawcy. Z tą opinią wrócił do sklepu i wreszcie odzyskał swoje pieniądze.

Sytuacja się wyjaśniła, gdy sprzedawczyni, która właśnie odchodziła z pracy, przyznała mu się, że szef nakazał jej odrzucanie z góry wszystkich reklamacji. Pracownica przyznała, że szef nie tylko kazał im oszukiwać w ten sposób klientów, ale łamał również prawa pracownicze, oszukiwał przy wypłacie pensji. Cóż, etyka jest jedna…

(na podstawie: ForSal.pl)