Jak poradzić sobie w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej?

Jest taki stary dowcip o facecie, który na rozmowie kwalifikacyjnej usłyszał: „Wie pan, na to stanowisko potrzebujemy kogoś naprawdę odpowiedzialnego”. Zastanowił się chwilę i odparł: „Uważam, że doskonale się nadaję. W poprzedniej pracy sporo rzeczy się nie powiodło i wszyscy mówili, że to ja jestem odpowiedzialny”. Niestety, katastrofalne wypowiedzi zdarzają się także w trakcie prawdziwych rozmów kwalifikacyjnych, ale można temu zaradzić. Przez ostatnie trzydzieści lat psychologowie interesowali się, jakie zachowania robią wrażenie na „przesłuchujących”. Udało im się odkryć kilka prostych i skutecznych technik zwiększających nasze szanse na otrzymanie wymarzonej pracy.

Gdy zapytać jakiegokolwiek pracodawcę, dlaczego wybiera właśnie tę, a nie inną osobę, odpowie, że decydują kwalifikacje i zdolności kandydata. To przecież oczywiste dla wszystkich, czyż nie?

Żeby uczynić proces eliminacji jak najbardziej rozsądnym i sprawiedliwym, pracodawcy zestawiają listy pożądanych cech i umiejętności, studiują nadesłane życiorysy i w bezpośredniej rozmowie starają się zdobyć dodatkowe informacje o chętnych do pracy. Mniej więcej tak to wygląda w większości rekrutacyjnych przypadków.

Tymczasem badania przeprowadzone przez Chada Higginsa z Uniwersytetu Stanu Washington i Timothy’ego Judge’a z Uniwersytetu Florydzkiego wykazują, że ludzie prowadzący rozmowy kwalifikacyjne często łudzą się w kwestii bezstronności własnych decyzji i że w rzeczywistości są nieświadomie sterowani przez tajemniczą i potężną moc.

Higgins i Judge śledzili losy ponad setki studentów, którzy starali się o pierwszą pracę. Na początku badacze przeanalizowali życiorys każdego studenta, zwracając uwagę na dwie pozycje, które według pracodawców powinny odgrywać zasadniczą rolę przy wyborze nowego pracownika: kwalifikacje i doświadczenie zawodowe.

Po każdej rozmowie kwalifikacyjnej studenci wypełniali standardową ankietę dotyczącą ich zachowania w trakcie rozmowy – na przykład tego, czy udało im się przedstawić wszystkie swoje walory, czy przejawiali zainteresowanie firmą albo czy spytali, jakiej osoby poszukuje pracodawca. Badacze byli w kontakcie także z prowadzącymi rozmowy i pytali ich o opinię w kilku sprawach, między innymi: jak dany kandydat wypadł na rozmowie, czy pasowałby do firmy, czy posiada odpowiednie kwalifikacje i, oczywiście, czy zostanie przyjęty.

Po przeanalizowaniu danych naukowcy zdemaskowali obiegowe poglądy na temat decyzji podejmowanych przez pracodawców i odkryli zaskakującą prawdę. Czy otrzymanie pracy zależało od kwalifikacji? Albo od doświadczenia?

Okazało się, że ani od jednego, ani od drugiego. Liczyła się tylko jedna rzecz: czy kandydat wydawał się miły. Ci, którym udało się zdobyć sympatię prowadzących rozmowę, mieli znacznie większe szanse na otrzymanie pracy. Odnosili sukces na różne sposoby: niektórzy rozmawiali z przesłuchującymi na tematy, które nie były związane z pracą, ale były dla obu stron interesujące. Niektórzy starali się uśmiechać i utrzymać kontakt wzrokowy z rozmówcą. Inni pochlebnie wypowiadali się o firmie. To pozytywne nastawienie przynosiło skutek, przekonując prowadzących rozmowy, że tak sympatyczny i umiejący się zachować kandydat na pewno będzie doskonale pasował do zespołu i należy zaproponować mu pracę.

Badania Higginsa i Judge’a pokazują, że w staraniach o wymarzoną pracę ujmujące zachowanie jest ważniejsze niż kwalifikacje i doświadczenie.

Niemniej jednak, jeżeli będziemy mieli na sumieniu jakieś poważniejsze wykroczenia, to bycie miłym może nie wystarczyć. Jaka więc jest najlepsza strategia radzenia sobie z gorszymi punktami naszego CV? Czy powinniśmy wspomnieć o swoich niedostatkach na początku rozmowy, czy raczej postawić na dobre pierwsze wrażenie i odnieść się do ewentualnych problemów dopiero na końcu?

Tą kwestią zajęli się psychologowie Edward Jones i Eric Gordon z Uniwersytetu Duke’a, w klasycznym eksperymencie przeprowadzonym w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Przedstawiali oni uczestnikom nagranie wypowiedzi mężczyzny (wynajętego aktora), który opowiadał o swoim życiu, po czym prosili ich, by ocenili, czy człowiek ten wydał im się sympatyczny. W swojej wypowiedzi mężczyzna wspominał o tym, jak któregoś roku nie zdał do następnej klasy, bo złapano go na ściąganiu i wyrzucono ze szkoły. Badacze zmontowali taśmę tak, by połowa uczestników usłyszała tę wiadomość na początku nagrania, a druga połowa – dopiero na końcu.

I co się okazało? Otóż umiejscowienie wyznania miało wielki wpływ na uczucia badanych. Gdy oszustwo na egzaminie wychodziło na jaw na początku, opowiadający wydawał się słuchaczom znacznie bardziej sympatyczny niż wtedy, gdy mówił o swojej porażce na końcu. Dodatkowe eksperymenty w innych okolicznościach potwierdziły wyniki badania – na przykład okazało się, że bardziej przekonujący są adwokaci, którzy przedstawiają słabsze strony swojej argumentacji na początku rozprawy.

Wygląda na to, że wczesne odsłanianie swoich słabych stron jest odbierane jako przejaw otwartości. Tej lekcji wciąż musi nauczyć się wielu polityków. Prowadzący rozmowę kwalifikacyjną wobec takiego zachowania uznaje, że ma do czynienia z osobą na tyle uczciwą i posiadającą silny charakter, że umie ona przyznać się do swoich niedociągnięć i zapewne nie będzie próbowała nikogo oszukać.

Czy to samo odnosi się do sukcesów opisanych w naszym CV? Nie! W kolejnej części omawianego wcześniej eksperymentu uczestnicy słyszeli inne wyjaśnienie rocznej przerwy w nauce („Przyznano mi prestiżowe stypendium na podróż po Europie”), również umieszczone w dwóch miejscach nagrania: na początku i na końcu. Tym razem efekt był odwrotny: opowiadający wydał się słuchaczom znacznie milszy, gdy odkładał relację o swoim sukcesie na później. Wychodzi na to, że w opowiadaniu o swoich osiągnięciach lepiej być skromnym niż dokładnym. Odkładając pochwalenie się na koniec, sprawiamy wrażenie, że nasze zalety ujawniają się jakby mimochodem, podczas gdy przedstawianie swoich atutów od początku może być postrzegane jako przechwałki.

Tak więc poćwiczyłeś używanie wdzięku osobistego i planujesz nadmienić wcześnie o słabościach, a późno o sukcesach. Czy to znaczy, że na pewno ci się uda? Niestety nie. Mimo najlepszych zamiarów i skrupulatnych przygotowań wszyscy popełniamy błędy. Może przewrócisz sobie szklankę z wodą na kolana, niechcący urazisz pracodawcę albo dasz odpowiedź, która będzie mętna i nieprzekonująca. Musisz być przygotowany na poradzenie sobie z nieprzewidzianą katastrofą. Pomocne może okazać się zapoznanie z wynikami eksperymentów przeprowadzonych przez Thomasa Gilovicha wraz ze współpracownikami z Uniwersytetu Cornella, w których to eksperymentach zmuszali oni studentów do noszenia T-shirtu z wizerunkiem grupy Bee Gees.

Pięciu uczestników zjawiało się w tym samym momencie w laboratorium. Prowadzono ich do pokoju, proszono o zajęcie miejsc w jednym rzędzie i każdy zaczynał wypełniać test. Zaznaczali kolejne odpowiedzi, gdy tymczasem jeszcze jeden uczestnik pojawiał się pięć minut później. Zostawał zatrzymany przed wejściem i proszono go o założenie T-shirtu z dużym portretem muzyków Bee Gees. Dlaczego akurat tej grupy? Badanie dotyczyło psychologii zażenowania, a dokładnie zaplanowane wcześniejsze ankiety wykazały, że większość studentów Uniwersytetu Cornella wolałaby paść trupem niż założyć T-shirt z wizerunkiem muzyków tego zespołu.

Spóźnionego studenta, już w T-shircie, wprowadzano do pokoju, gdzie natykał się na spojrzenia wypełniających testy koleżanek i kolegów. Po chwili towarzyszący spóźnialskiemu badacz stwierdzał, że jednak lepiej będzie, gdy poczekają na zewnątrz, i wyprowadzał go z powrotem na korytarz.

Następnie odbywały się dwie rzeczy. Osobom znajdującym się w pokoju zadawano pytanie, czy zauważyli obrazek na koszulce spóźnionego kolegi, podczas gdy samego nosiciela koszulki proszono o ocenę, jak wielu wypełniających ankietę zauważyło, co miał na sobie. Wyniki opracowane na podstawie serii eksperymentów pokazały, że średnio tylko około 20 procent studentów spoglądających na spóźnionego przybysza zauważyło co ma na koszulce. Spóźnieni zaś byli przekonani, że przyciągnęli znacznie większą uwagę i średnio oceniali, że mniej więcej 50 procent patrzących zauważało obrazek. Jednym słowem, wyraźnie przeceniali skutki całego wydarzenia.

Ta tendencja, określana jako „efekt reflektora”, była obserwowana w wielu okolicznościach. Niezależnie od tego, czy oceniamy złe wrażenie wywołane fatalną fryzurą czy kiepskim wystąpieniem na zebraniu – sądzimy, że nasze potknięcia są bardziej widoczne, niż to się dzieje w rzeczywistości. Dlaczego? Wygląda na to, że skupiamy się na własnym wyglądzie i zachowaniu o wiele bardziej, niż robią to inni, stąd nasza skłonność do wyolbrzymiania ich znaczenia. Jeżeli więc przydarzy się wam jakaś katastrofa w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej, przypomnijcie sobie T-shirt z Bee Gees i pamiętajcie, że prawdopodobnie błąd wydaje się wam większy, niż jest naprawdę.