Gdzie jest równowaga, czyli o sensie pracy oraz życia

Dialog dwóch psycholożek, dr Kingi Tucholskiej i dr Anny Tylikowskiej, o dylematach współczesnego człowieka, który chce pracować i zarabiać, tęskniąc za utraconą radością życia.

Anna Tylikowska: – Pracodawcy wymagają od nas elastyczności i sumienności, mobilności i stabilności, doświadczenia i młodości. Ludzie nie wytrzymują presji, popadają w pracoholizm albo bezradne nieróbstwo, wypalają się. No bo jak sobie radzić z tymi wszystkimi, często sprzecznymi wymaganiami? Jak zrównoważyć pracę z resztą życia?

Kinga Tucholska: – Mówienie o równowadze między pracą a życiem wydaje mi się sztuczne. To tak, jakby praca była na minus, a życie na plus, jakby praca i życie były przeciwstawne. A przecież życie jest jednym naczyniem wypełnionym rozmaitą zawartością, między innymi pracą. Ważna jest harmonia w obrębie całości. Polaryzacja życie–praca może być prawdziwa dla kogoś sfrustrowanego, wypalonego, zmuszającego się do pracy. Badania pokazują, że satysfakcja z pracy jest składnikiem zadowolenia z życia, szczęścia. Ale, fakt, wiele poradników psychologicznych i działań coachingowych jest ukierunkowanych na poszukiwanie równowagi między pracą a życiem.

Czy jesteśmy już tylko trybikami Wielkiego Rynku

Anna: Masz rację, praca jest jednym ze składników życia. Jeśli gorzej dzieje się w innym obszarze, np. związku, odbija się to na pracy i na odwrót. Gdy masz pracę, którą lubisz, zgodną ze swoim potencjałem, zainteresowaniami – jej oddzielanie od reszty życia jest rzeczywiście sztuczne. My obie mamy pracę, która nas pasjonuje i przenika się z innymi obszarami życia. Wyobraź sobie jednak sytuację osoby pracującej przy obrabiarce albo ukręcającej łby kurczakom.

Kinga: Wtedy odcinanie się od pracy jest dobroczynnym mechanizmem obronnym.

Anna: Praca była naturalną częścią życia przez większość historii człowieka. Nasi przodkowie uprawiali rolę, wykonywali usługi rzemieślnicze dla sąsiadów. Pracowało się w domu lub jego okolicy, praca dawała człowiekowi jedzenie i szacunek społeczny, była dosłownie życiodajna. Na dużą skalę zaczęło się to zmieniać wraz z uprzemysłowieniem, wczesnym kapitalizmem. Ludzie przenosili się do miast, chodzili do fabryki, żeby wykonywać nieinteresujące czynności, z czego zyski czerpał przede wszystkim właściciel fabryki. Skazani na taką pracę zaczęli się od niej odcinać.

Kinga: Odcięcie pozwalało im zdystansować się, przetrwać pomimo absurdu sytuacji.

Anna: Ale wyobcowanie ludzi od pracy się nasila. Mass media atakują informacjami, że młodzi wybierają niewłaściwe studia, a uczelnie oferują nieprzydatne kierunki. Że młodzież powinna studiować informatykę i inne dziedziny techniczne, po których może liczyć na pracę. Kreuje się obraz obiektywnego, niezależnego od nas rynku pracy, w którym pełnimy funkcję robotników zabiegających o zatrudnienie. Rynek pracy, jak i cała kultura, powinien być dla nas, ludzi – nie odwrotnie. Masz talent do rozumienia ludzi, łagodzenia sporów i chciałabyś go wykorzystać? A kogo to obchodzi? Zaciśnij zęby, przyduś siebie, stłamś i idź robić tam, gdzie dają ci zatrudnienie. Im bardziej będziesz sfrustrowana, tym bardziej oddzielisz się od ważnych części siebie i tym lepszym będziesz robotnikiem i konsumentem. A co z twoimi relacjami? Z zainteresowaniami? Z duchowością?

Kinga: Wyobrażam się, że gdybym pracowała przy obrabiarce pomimo wyższych kompetencji, starałabym się czerpać satysfakcję z pozostałych obszarów życia. Inwestowałabym w siebie i szukała alternatywnego zatrudnienia. Podtrzymywałabym w sobie przekonanie, że to jest tymczasowa, niesprzyjająca okoliczność, na którą świadomie się decyduję, żeby się utrzymać.

Anna: Zauważ tylko, że ta „tymczasowość” dotyczy coraz większej liczby ludzi, którzy wykonują pracę, która ma się nijak do ich możliwości, chęci.

Kinga: Być może podział na życie i pracę w ostatnim czasie narasta. Nastawienie na zysk sprzyja formatowaniu ludzi do potrzeb korporacji, nie zważając na ich dobro. Zdarza się też, że człowiek ma fascynującą pracę, tyle że czasami przychodzi kryzys i zmusza się do jej wykonywania.

Anna: Tak, stosunek do pracy faluje, podobnie jak stosunek wobec bliskich czy nastrój. Raz nam się chce, a raz nie, wczoraj miałam ochotę, dzisiaj nie – na pisanie, uczenie, spotkanie, kąpiel, seks. Lubię swoją pracę, ale zdarza mi się, że idę do niej, bo muszę – bo mam wykład, jestem umówiona. Albo: mam dużo ważnych rzeczy poza pracą, na które nie wystarcza mi czasu i energii. Albo: wymagania rosną nieproporcjonalnie do moich możliwości. W takich przypadkach praca też staje się męcząca, obca.

Kinga: Kiedy takie oddzielenie od pracy się pojawia, jest sygnałem ostrzegawczym – sygnałem odchodzenia od równowagi fundującej dobrostan, objawem patologii.

Anna: Tak, ale niekoniecznie patologii jednostki; raczej patologii systemu, do którego należy rynek pracy. Jeśli wykształcona kobieta pracuje przy kasie hipermarketu, to problem leży po stronie systemu, który wbija ludzi w wakaty związane z zyskami firmy czy korporacji. Czy moja praca służy mnie, czy machinie konsumpcyjnej będącej poza mną i nieprzejmującej się moim dobrem ani trochę? Łatwo stać się sfrustrowanym robotem-konsumentem, idącym do pracy zrobić to, co konieczne, żeby później popadać w coraz większą frustrację przed telewizorem, pokazującym rzeczy niezbędne do szczęścia: tablety, sosy na konserwantach, idealnych partnerów życiowych zawsze pachnących wiosną, nowe modele samochodów.

Kinga: I reklamy zaburzające poczucie bezpieczeństwa, bo przecież trzeba się ubezpieczyć i kupować kolejne farmaceutyki, na które pieniędzy nie starcza.

Anna: Zauważ, że samo pracowanie kosztuje jakby coraz więcej. Auto jest potwornym pożeraczem finansów. Do tego ubranie, fryzjer, może kosmetyczka. Abonament za telefon i Internet. W naszym zawodzie – książki, dostęp do baz danych, opłaty konferencyjne. Dokształcanie się, kupowanie prasy, żeby być na bieżąco. Co najmniej połowę pieniędzy, które zarabiamy – jeśli nie dwie trzecie – wydajemy na pracę. Wydawać połowę zarabianych pieniędzy na pracę to jakieś fundamentalne nieporozumienie.

Kinga: Pracuję, żeby pracować. Koszmar.

Czy my naprawdę aż tyle musimy

Anna: Więc może problem polega na złapaniu balansu między tym, co robić muszę, a tym, czego chcę. Są rzeczy, które musimy – zapewnić sobie tlen, pożywienie.

Kinga: Dach nad głową.

Anna: Niekoniecznie, do przetrwania wystarcza stabilność termiczna. Ale my generalnie „musimy” więcej, niż musimy naprawdę. Np. „muszę” wykonywać określony zawód, bo moja matka chciała, żebym była „kimś”; „muszę” mieć męża i dzieci, bo wszyscy mają. Problemem może być to, na ile obszar „muszę” jest u mnie realistyczny, a na ile przerośnięty. Są rzeczy, które naprawdę muszę. I takie, których nie muszę, ale wydaje mi się, że owszem.

Kinga: Można je nazwać quasi-potrzebami.

Anna: Albo potrzebami iluzorycznymi. Rozwijanie się, dojrzewanie, budowanie dobrego życia, którego składnikiem jest właściwy stosunek do pracy, polega na znajdowaniu rzeczy, których chcę. Posiadanie rodziny, bo wszyscy ją mają, różni się od pielęgnowania rodziny, bo pokochałam osobę, z którą chcę urodzić i wychować dzieci. Podobnie jest z pracą.

Rzadko zastanawiamy się nad tym, czego chcemy, brakuje nam na to zasobów – czasu, uwagi. Przeważnie jest tak: pracodawca wymaga ode mnie więcej i więcej. Spłacam kredyt za dom, wychowuję dzieci, więc nie mogę pracy rzucić. Presja się nakręca, zewnętrzna i wewnętrzna. Jak w takich warunkach złapać wobec pracy dystans? Jak sobie z tym poradzić, nie uciekając w Bieszczady?

Kinga: W pracy istotne są rezultaty. Liczy się zasada Pareto: 80 na 20. Warto celować w te 20 proc. pracy, która daje 80 proc. efektu. Tak sobie pracę poukładać, żeby stosunkowo niewielka jej ilość dawała znaczące rezultaty. Pamiętajmy też o tym, że nie da się pracować osiem godzin z rzędu efektywnie, nasze umysły ani ciała nie są tak skonstruowane. Presja może być efektem narzucania sobie standardów, które są niemożliwe do spełnienia.

Anna: Dlaczego narzucamy sobie takie wyśrubowane standardy?

Kinga: W grę mogą wchodzić uwarunkowania osobowościowe, np. perfekcjonizm. Wyuczone nawyki zaobserwowane u przyjaciół, współpracowników, dotychczasowych szefów.

Anna: Lub przejęte od rodziców. Moja mama mawia, że praca jest od tego, żeby zarabiać, jednocześnie swoją pracę lubi, wykonuje z zaangażowaniem. Przejęłam to od niej, uwielbiam swoją pracę, ale nie uważam jej za centrum życia. Przekaz, który od mamy dostałam, za co jestem jej wdzięczna, brzmi: kochajmy pracę, ale nie dajmy się jej zwariować!

Kinga: Moja mama zawsze podkreślała, że nie wzięła ani jednego dnia zwolnienia z pracy. Nawet z gorączką i chora – pracowała. Poświęcała się pracy, była jej totalnie oddana.

Czy da się zatopić w pracy i za dużo na ten temat nie filozofować

Anna: Z takim etosem poświęcenia pracy można w czasach postkapitalistycznego korporacjonizmu zajechać się w kilka lat. Na śmierć, dosłownie.

Kinga: Masz rację. Ludzie wypaleni funkcjonują na biegunie „muszę”.

Anna: Mówi się, że żeby się wypalić, najpierw trzeba płonąć. Ludzie, którzy są wypaleni, początkowo byli silnie zaangażowani w pracę.

Kinga: To mogło nawet być zaangażowanie typu „chcę”. Ale w zderzeniu z kulturą organizacji stres narastał, utrzymywał się na wysokim poziomie. Wypalenie jest przedłużeniem skumulowanego, chronicznego stresu zawodowego.

Anna: Jest konsekwencją braku dystansu do pracy. Jeśli człowiek ma w pracy ciężko, pod górkę, ale się tym nie przejmuje – wypalenie mu nie grozi. Jeżeli jednak całkowicie się pracą nie przejmujesz, to też jest patologia – chodzisz do pracy, w której nie doświadczasz pozytywnych relacji, nie podejmujesz się nowych zadań. Spędzasz tam sporą część życia w stanie nienaturalnego odcięcia, dysocjacji.

Kinga: Oczywiście, wykonując taką pracę raczej trudno o flow – stan będący jednym z czynników zadowolenia z pracy. To doświadczenie pochłonięcia, uniesienia, będące efektem zaangażowania w to, co robimy. Towarzyszą mu pozytywne emocje i zmieniony stan świadomości, zawężony do wykonywanej czynności, w którym przestajemy zwracać uwagę na upływ ­czasu.

Anna: Flow jest przyjemny, pożądany. Przestajemy myśleć o sobie, o swojej przeszłości, przyszłości. Zanurzamy się w działaniu. Zostawiając całą kłopotliwą resztę.

Kinga: Warunkiem złapania flow jest chcenie owocujące zaangażowaniem. I wykonywanie czynności ani zbyt łatwej, ani zbyt trudnej – takiej, która leży w górnych granicach naszych możliwości.

Co zrobić, jeśli czujemy, że wszystko się wali

Kinga: Zauważ, że skupiając się na pracy, w gruncie rzeczy rozmawiamy o ogólnej równowadze życiowej, a nie równowadze praca–życie. Patologie są efektem zaburzenia równowagi w którymś obszarze systemu, jakim jest życie.

Anna: Oczywiście równowaga jest potrzebna w całości systemu, nie tylko jego fragmencie. W sytuacji optymalnej mamy zdrowy dystans do wszelkich elementów naszego życia, czyli np. akceptujemy, że pewne rzeczy nam się udają, a inne nie – raz ugotuję smaczniejszą pomidorową, kiedy indziej słabszą, w zeszłym miesiącu przygotowałam świetny projekt, a przedwczoraj przeciętny. W żaden z obszarów nie wkręcam się przesadnie, nie wiszę na nim jak na centrum swojego życia, które buduje moją wartość.

Kinga: Jeśli pozwalam sobie pracować nad jakimś projektem ciągiem 24 godziny na dobę przez 7 dni, to nadużywam siebie, swój organizm. Podstawowym sposobem zapobiegania wypaleniu i innym zaburzeniom jest słuchanie swojego organizmu – regularne jedzenie, sen, wychodzenie na światło dzienne. Zaspokajanie fundamentalnych potrzeb psychologicznych, np. bliskości. Dbałość o nakarmienie prawdziwego „muszę”.

Anna: A jeśli ktoś zgubił równowagę? Przez długi czas się nadużywał?

Kinga: Ludzie, którzy wracają do normalnego funkcjonowania po okresie wypalenia, robią to małymi krokami, wracają przede wszystkim do własnego ciała. Istnieje złoty trójpodział (który łatwo zaobserwować, przyglądając się zwierzętom) na: vita activa, vita contemplativa i sen. Aktywność służąca przetrwaniu, sen i kontemplacja – która polega na kontakcie z samym sobą, ze środowiskiem naturalnym, społecznym, duchowym – powinny zajmować równe części doby. Na jedną porcję aktywności powinny przypadać dwie porcje regeneracji. Zwierzęta mają to świetnie rozłożone – poza ludźmi.

Anna: Zwierzęta nie są tak bardzo pogubione jak my pewnie dlatego, że są mniej kulturowo chłonne.

Kinga: Odporne na przekaz, że w pracy jest coś, czego tak naprawdę w niej nie ma. Ludzie mają mnóstwo złudzeń na temat pracy. Widzą w niej formę ucieczki, najważniejszy cel życia, substytut związków z ludźmi.

Anna: Ba, drogę do zbawienia.

Kinga: Kiedy z pracą wiążemy quasi-potrzeby, staje się ona celem, a nie środkiem.

Anna: W stosunku do pracy istotne jest poczucie własnej wartości. Jego niedostatki szczególnie często załatwiamy poprzez pracę, bo zarabiamy w niej pieniądze. Jeśli ktoś jest gotowy płacić mi za pracę, nawet nieciekawą, to znaczy, że jestem potrzebna. Być może także dlatego tak łatwo się na pracy uwiesić.

Kinga: I stracić równowagę. Człowiek ma szczęście, jeśli poukłada się z pracą i resztą życia, zanim nastąpi jakaś katastrofa – utrata zdrowia, rozpad rodziny.

Anna: Katastrofy bywają zbawienne, bo zatrzymują nas w biegu, skłaniają do wypracowania nowych sposobów życia. Oprócz słuchania ciała przydatne jest wsparcie społeczne, czasami przewodnik, np. terapeuta, który pokazuje sposoby odnajdywania równowagi.

Kinga: Zmiana wymaga czasu i zaangażowania. System, który tworzył się przez kilkadziesiąt lat życia, nie zmieni się na skutek trzech sesji terapeutycznych. Ale można doprowadzić do sytuacji, w której praca jest integralną częścią życia, dającą nam satysfakcję nie mniejszą niż relacje z bliskimi czy samorealizacja.

Anna: Na dłuższą metę tylko taka praca się opłaca.

.

DR KINGA TUCHOLSKA psycholożka, adiunkt w Instytucie Psychologii Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego. ­Zajmuje się psychologią pozytywną nakierowaną na poprawę jakości życia.

DR ANNA TYLIKOWSKA psycholożka, adiunkt, kierowniczka Zakładu Psychologii Ogólnej i Osobowości w Wyższej Szkole Biznesu – National-Louis University w Nowym Sączu.

.