Czy znasz swoją wartość?


Motywacja / piątek, Wrzesień 21st, 2018

Jeśli chcemy badać siebie, musimy odpowiedzieć na pytanie: co to właściwie jest to moje prawdziwe ja? Wcale bowiem nie jest oczywiste, że jest jakieś jedno ja, jakiś ustalony obiekt. Psychologowie od czasów Williama Jamesa (1842–1910) mierzą się z rozmaitymi teoriami. I są raczej zgodni, że człowiek ma tyle ja, ile ważnych dla niego osób, oraz że mamy rozmaite społecznie ukształtowane, obrazy siebie. Można być kimś innym w relacji z partnerem, rodzeństwem, przyjaciółmi.

Rozmowa z prof. Katarzyną Stemplewską-Żakowicz

Co w języku psychologów oznacza samoocena?

Prof. Katarzyna Stemplewska-Żakowicz: – Nie chodzi nam dokładnie o ocenianie siebie. Samoocena to raczej poczucie własnej wartości. Anglicy nazywają je ładnie: self-esteem, czyli estyma, jaką darzymy siebie.

Dlaczego samoocena jest taka ważna?

Według jednej z teorii samoocena jest naszym wyposażeniem biologicznym, niejako instrumentem pomiarowym. Wyłapuje on z zewnątrz sygnały, dzięki którym znamy swoje miejsce w grupie społecznej.

Czy to jest stan uświadomiony, czy podświadomy? Rozmawia pani z człowiekiem, który mówi, że jest świetnym fachowcem, żyje w szczęśliwej rodzinie, ludzie też go postrzegają jako człowieka sukcesu. Czy to jest dowód na jego wysoką samoocenę?

Oczywiście nie. Gdy psycholog rozmawia z pacjentem, musi oddzielić odpowiedź na pytanie: czy uważasz siebie za kogoś wartościowego?, od wewnętrznego poczucia tej osoby, które nie zawsze jest świadome. To są dwie różne rzeczy, na które zwraca się uwagę od czasów Zygmunta Freuda. Psychologowie po stuletnich sporach zgadzają się co do tego, że postawa wobec siebie może być jawna i utajona.

Wartość mocno zmienna

Jak przejawia się postawa ukryta?

Często silniej niż ta uświadamiana. Nie mamy nad nią kontroli. Próba koncentrowania się na tym, co utajone, jest w psychologii pewną nowością.

Proszę o przykład, jak się odszyfrowuje ukrytą postawę człowieka.

Wytłumaczę to na trochę odległym przykładzie stereotypów. Różnice między postawą jawną a utajoną są tu uderzające. Mało osób przyzna, że ludzie o innym kolorze skóry są gorsi albo niepełnowartościowi. Ale gdyby zapytać ankietowanego, czy zgodziłby się, by czarnoskóry został mężem jego córki – zwykle zacznie się on zastanawiać. Nawet jeśli padnie odpowiedź pozytywna, to minie jakiś czas. Psychologowie interesują się właśnie tym upływającym czasem, w ten sposób badają rozbieżność między postawą utajoną i jawną.

A jeśli chodzi o ocenę samego siebie?

Też bada się czas reakcji. Antony Greenwald, psycholog amerykański, wymyślił narzędzie do badania postaw utajonych: test utajonych skojarzeń. Polega on na tym, że człowiekowi przedstawia się na planszy z jednej strony słowa odnoszące się do jego osoby – ja, moje; a z drugiej inne słowa, z których jedne mają wydźwięk pozytywny – np.: miłość, słońce, a inne negatywny – śmierć, choroba.

Miarą samooceny jest czas, w jakim badany zakwalifikuje kolejne nacechowane słowo i miejsce, gdzie je dołoży: czy do zbioru „ja”, czy też „nie – ja”. W uproszczeniu o wysokiej samoocenie świadczy szybka reakcja na słowo pozytywne i umieszczenie go blisko owego ja. W tym badaniu poznaje się utajoną postawę bez względu na to, co człowiek deklaruje.

Czyli samoocena jawna i utajona zwykle nie są tożsame?

Nie są. Ale zanim odpowiem dlaczego, muszę jeszcze trochę skomplikować problem.

Dlatego tak trudne są na przykład spotkania rodzinne, gdy człowiek w jednym czasie przebywa z ważnymi dla siebie osobami, tyle że wobec jednej czuje się więcej, a wobec innej mniej wart?

Bo trudno jest grać naraz kilka ról, które rozwinęły się przez lata relacji.

Jeśli w stosunku do jednej osoby czujemy się niewiele warci, a w stosunku do drugiej – wręcz przeciwnie, to czy to nie zagraża jakiejś podstawowej spójności człowieka?

Ależ wręcz przeciwnie. Taka różnorodność daje nam wiele narzędzi do radzenia sobie ze światem. Miewamy różną samoocenę w relacjach z różnymi osobami, podobnie jak zakładamy strój stosownie do okoliczności.

Udowodniono, że gdy spotykamy nową osobę, która przypomina nam kogoś, kto był dla nas ważny, to oczekujemy od tej osoby, by się tak samo jak tamta postać zachowywała. I my też się podobnie zachowujemy. To może czasem przeszkadzać, ale sytuacje w życiu raczej są powtarzalne. Najczęściej trafnie odbieramy potencjał nowej znajomości.

A jeśli w różnych relacjach mamy ekstremalnie sprzeczną samoocenę, to też nas może rozwijać?

Nie jest powiedziane, że dobre jest tylko to co łatwe. Gdybyśmy całe życie tkwili w jednym układzie, to być może bylibyśmy szczęśliwi, bo świat byłby przewidywalny, ale nie rozwijalibyśmy się w ogóle. Rozwój osobowości następuje dzięki dialogom wewnętrznym, kiedy z perspektywy jednej relacji spoglądamy na inną. Na relację z bratem, wobec którego zawsze czułam się gorsza, patrzę z perspektywy własnego małżeństwa, które jest partnerskie i buduje moje ja. Dzięki tej perspektywie mogę przekroczyć zaszczepione w związku braterskim poczucie niższości.

A co w sytuacji, gdy na przykład matka była niezwykle przytłaczająca i samoocena córki w relacji z nią jest tak niska, że na inne relacje córce po prostu brak miejsca?

Sytuacja taka nadaje się do terapii. Leczenie polega na stopniowym oddawaniu głosu pozycji stłumionej, czyli na stawaniu się partnerem dla osoby dominującej. Oczywiście, nie chodzi o zamianę ról, ale o zdrowy dialog.

Czy na naszą samoocenę wpływają osoby, które uważamy za autorytety?

Mark Baldwin, kanadyjski psycholog, opisał swój eksperyment, w którym zbadał wpływ wizerunku papieża na trzy grupy kobiet, które same siebie określiły jako katoliczki. Najpierw wszystkim paniom podał do przeczytania opowiadania naszpikowane treściami erotycznymi. Po tym doświadczeniu pierwszej grupie pokazano wizerunek papieża, z marsową, karcącą miną. Druga grupa w tym czasie oglądała twarz obcego mężczyzny, a trzecia nie patrzyła na nikogo. Potem wszystkie kobiety wypełniły test na samoocenę. No i okazało się, że najniższą samoocenę miały te, które musiały się zmierzyć z wizerunkiem papieża, a najwyższą te, które nie patrzyły na nikogo.

Budowanie własnego ja

W jaki sposób człowiek buduje samoocenę?

Najbardziej powszechny jest pogląd, że uzyskując o sobie informację od innych, spełniając normy społeczne.

Freud przekonywał, że samoocena bazowa rodzi się w okolicach 3 roku życia i że potem trudno już wpłynąć na to, jak będziemy siebie postrzegać.

Tak twierdzi wielu współczesnych terapeutów. Według nich przez trzy pierwsze lata osobowość rozwija się najbardziej intensywnie. Ale na pewno nie jest tak, że człowiek dorosły już się nie rozwija. Zwłaszcza dramatyczne wydarzenia mogą zmienić mniemanie o sobie.

Jak uczymy się czytać sygnały z zewnątrz, kształtujące naszą samoocenę?

Dość wcześnie, nawet już w niemowlęctwie, kształtują się tzw. skrypty poznawcze człowieka. To jakby scenariusze naszych interakcji z innymi osobami. Są one, można powiedzieć, bazą dla dorosłego człowieka.

Najważniejszy skrypt kształtuje się na podstawie sposobu przywiązania do matki czy też najbliższej osoby, która zajmuje się nami, gdy jesteśmy małymi dziećmi. Psychologowie wyróżniają trzy podstawowe typy relacji z osobą matkującą; nazywają je stylami przywiązania. Od tego, jaki styl przywiązania dominował w naszym dzieciństwie, zależą potem owe skrypty, podpowiadające, czego możemy oczekiwać od otoczenia.

I tak styl bezpieczny powstaje wtedy, gdy doświadczamy bezpieczeństwa; druga osoba jest niezawodna, służy pomocą, gdy jest potrzebna, ale nie hamuje autonomii. Ze stylem unikającym mamy do czynienia, gdy bliskość grozi odrzuceniem i bólem, jest nieprzewidywalna. Styl ambiwalentny to taki stan, gdy doświadczywszy trochę zła i trochę dobra, dążymy do bliskości w napięciu i bez pewności rezultatu. Trzeba dodać, że istnieją rozmaite mutacje powyższych stylów.

I one decydują, na jakie informacje z zewnątrz będziemy wyczuleni, a jakie będziemy odrzucać, budując samoocenę?

Tak. Osoby doświadczające w dzieciństwie bezpieczeństwa zauważają chętniej sygnały akceptacji, a te, u których ukształtował się skrypt unikowy – bodźce świadczące o odrzuceniu.

Jeśli mieliśmy nieszczęśliwe dzieciństwo, to nasza samoocena będzie niska niezależnie od sygnałów otoczenia, czy tak?

Nie musi tak być. Dorastamy wśród ludzi i mamy z nimi różnorodne relacje. Prawdopodobnie każdy człowiek miał w otoczeniu osobę, która dawała jej poczucie bezpieczeństwa. I ten bezpieczny skrypt można wzbudzić terapią.

Czy to znaczy, że terapeuta może sterować samooceną?

Z tymi skryptami jest trochę jak z plikami w komputerze. Otwieramy aplikację i ona przetwarza dane według własnego schematu. To, co pasuje, jest przetwarzane, a to, co nie pasuje – odrzucane. Terapeuta może zaktywizować lub uśpić daną aplikację; to jest zresztą dość powszechny sposób pracy, zwłaszcza z pacjentami po dramatycznych wydarzeniach – np. zdradach czy rozwodach, którzy czują, że potrzebują pomocy.

U człowieka zdradzonego samoocena zwykle drastycznie spada, aktywny jest skrypt lękowy, odrzucane są najczęściej wszystkie niepasujące informacje.

Oczywiście, jeśli człowiek ma wysoką samoocenę bazową, będzie cierpieć mniej, może wyjść z kryzysu nienaruszony, a nawet pomyśleć: ten, kto mnie zdradził – sam stracił. Nie będzie się już cieszył moim zaufaniem. Osoba z niską samooceną bazową będzie przeżywać większy dramat. Ona już od dawna spodziewała się odrzucenia, chodziła po świecie z przekonaniem, że zaraz ktoś ją skrzywdzi.

Prawdziwa dusza duszy

Mówiła pani, że rzadko mamy dostęp do samooceny utajonej. Czy możemy nie wiedzieć, że mamy niską samoocenę?

Tak, ponieważ włączają się w nas mechanizmy obronne i kompensujemy swój wizerunek. Sprawiamy na przykład wrażenie osoby pewnej siebie, radosnej, arbitralnej nawet.

To jak się może przejawiać nasza utajona samoocena?

Możemy być na przykład duszą towarzystwa, mieć świetne relacje z najbliższymi, a wieczorem, niestety, nie móc w ogóle spać. Spędzać godziny na rozpamiętywaniu jakichś drobnych sytuacji, zastanawiać się, jak ktoś mógł nas źle potraktować, dlaczego chciał nas skrzywdzić.

Po co człowiek produkuje taki radosny sztafaż, który dodatkowo utrudnia życie?

To reakcja obronna organizmu, który woli nie dopuszczać do świadomości, że czuje się beznadziejnie. Budujemy zewnętrzny fałszywy obraz siebie, żeby nie mieć kontaktu ze swoim wylęknionym wewnętrznym ja. Człowiek fałszujący swoją samoocenę prezentuje na zewnątrz zupełnie co innego niż to, z czym nie może sobie poradzić. Ma do dyspozycji nieskończony repertuar fałszowania sygnałów z zewnątrz. Istnieje np. opisane zjawisko „rzucania kłód pod własne nogi”. Student, który chciałby wierzyć, że dużo wie, gdy czeka go egzamin – nie uczy się wcale. Zwiększa tym samym szansę porażki, ale ma wytłumaczenie: nie zdałem, bo nie uczyłem się. Zaburzenia samooceny wywołują niechęć do jakichkolwiek weryfikacji.

Do czego to może prowadzić?

Nie rozpoznajemy rzeczywistości, nie dopuszczamy żadnej krytyki, choć zdrowiej byłoby przyjąć do wiadomości, że ktoś ma o nas złe zdanie. Można by wtedy dopytać, o co chodzi, przemyśleć sprawę. Jeśli zaprzeczamy – niczego nie uczymy się, nie rozwijamy. I tym bardziej jesteśmy narażeni na negatywne oceny innych. Ostatnio ukazała się książka Carol Tavris i Elliota Aronsona: „Wszyscy błądzą, ale nie ja”. Autorzy analizują zachowania osób publicznych: sędziów, polityków, którzy nie byli w stanie wycofać się z ewidentnych błędów, i pokazują, jak tragiczne miało to konsekwencje.

Był taki długofalowy eksperyment. Obserwowano zachowanie grupy 6-latków, a po 20 latach – zbadano te same, dorosłe już osoby. Największe nasilenie najbardziej prymitywnych mechanizmów obronnych (ktoś mówi człowiekowi coś przykrego, a on absolutnie zaprzecza) stwierdzono u osób, które w wieku 6 lat zachowywały się tak, jakby czuły się nic niewarte.

Jeśli nie jesteśmy jeszcze przypadkiem klinicznym, czy są sposoby, by poprawić tę kluczową, utajoną samoocenę?

Mark Baldwin wskazał na dwa mechanizmy, za pomocą których można oddziaływać na ja utajone. Pierwszy z nich to selektywna rola uwagi. (Chętniej zwracamy uwagę na sygnały, pozytywne lub negatywne, w zależności od tego, jakie są nasze wewnętrzne skrypty relacji interpersonalnych). Drugi mechanizm to uwarunkowanie kojarzenia siebie z czymś pozytywnym.

Baldwin wymyślił terapeutyczne gry komputerowe. Moim zdaniem, świetne. Oto na ekranie prezentowane są twarze z grymasami, najczęściej skrzywione. Zadanie polega na tym, żeby jak najszybciej wyłowić uśmiechniętą twarz. Liczy się czas. Człowiek uczy się nie zwracać uwagi na sygnały negatywne i skupia się na pozytywach. Można to również ćwiczyć w autobusie. Druga gra polega na kojarzeniu własnej osoby z czymś pozytywnym. Te gry można ściągnąć ze strony Marka Baldwina (www.selfesteemgames.mcgill.ca). Doradzam czasem pograć. Profilaktycznie.

Rozmawiała Ewa Winnicka | tygodnik Polityka

Prof. Katarzyna Stemplewska-Żakowicz była kierownikiem Zakładu Diagnozy i Interwencji społecznej SWPS w Warszawie, autorką badań i publikacji na temat społecznego konstruowania doświadczenia oraz książek m.in. o technikach prowadzenia wywiadu psychologicznego. Zmarła, po długiej i ciężkiej chorobie w 2013 r.

 

Dodaj komentarz