Czy zazdrość wypala i niszczy więzi? A może motywuje do wysiłku, awansu, bogacenia się?


Emocje / wtorek, Maj 29th, 2018

Wydaje się naturalne, że ludzie zazdroszczą. I że ta emocja w życiu zawodowym pojawia się równie często i intensywnie, jak w prywatnym. Zazdrości się innym pozycji w hierarchii, pieniędzy, zdolności, sukcesu, a nawet tak trywialnej sprawy jak pochwała szefa. Sami niechętnie się do zazdrości przyznajemy, ale innym chętnie ją przypisujemy. Można odnieść wrażenie, że to emocja, na której opiera się współczesny, konkurencyjny świat, bo napędza ona ludzi do wysiłku i awansu, rozwoju i bogacenia się. Każdy ma komu zazdrościć.

Po pierwsze: zazdrość i zawiść to nie to samo

Zazdrość jest zjawiskiem uniwersalnym, znanym wszystkim kulturom, niezależnie nawet od tego, czy termin występuje w danym języku. Udowodnił to w swoich klasycznych już badaniach z lat 70. antropolog George Foster. – W niektórych językach istnieją też osobne nazwy na zazdrość i zawiść, a język dużo mówi o tym, w jaki sposób radzimy sobie z emocjami – tłumaczy dr Magdalena Łużniak-Piecha, psycholożka międzykulturowa z Collegium Civitas w Warszawie.

W języku polskim mamy szczególną sytuację: można zazdrościć, ale nie można zawiścić, choć rzeczownik zawiść istnieje. A różnica znaczeniowa jest tu spora. Dla rozróżnienia terminów kluczowe znaczenie ma poczucie sprawiedliwości. Zazdrość idzie z nim w parze: Ale ci się udało, też bym tak chciał, ale doceniam wysiłek, jaki włożyłeś w sukces. Zawiść jest wtedy, gdy odczuwam, że to jednak powinnam być ja, a nie ty. Nie musi iść w parze z poczuciem niesprawiedliwości, ale zwykle chodzi.

Inaczej niż czysty podziw, obie te emocje związane są z dyskomfortem. – Źle mi z tym, że ty masz dobrze. Jednak zazdrość, ogólnie rzecz biorąc, ciągnie w górę. Ja też tak chcę, więc będę pracować, żeby zrobić to, co trzeba, żeby osiągnąć to, co ty – tłumaczy Magdalena Łużniak-Piecha. – Zawiść ogranicza się do: Chciałbym, żeby tobie było gorzej.

Co ciekawe, z tych dwóch emocji człowiek lepiej znosi zawiść. Z badań Nielsa van de Vena z uniwersytetu w Tilburgu wynika, że osoba, która odczuwa zawiść, nie odczuwa jednocześnie specjalnie przykrych stanów – bo myśli o kimś źle, ale zaraz się z tego rozgrzesza, uznając, że przecież ma obiektywne powody. Rozładowuje frustrację. – Inaczej niż osoba, która czuje zazdrość i która zostaje z poczuciem, że jest wstrętna. Bo z jednej strony podziwia obiekt zazdrości, a z drugiej trochę źle jej z tym, że podziwiany ma tak dobrze – mówi Magdalena Łużniak-Piecha. Do tego dochodzi jeszcze poczucie, że gdyby postarać się bardziej, to nie trzeba by temu podziwianemu zazdrościć. Czyli znów dyskomfort.

W dodatku to wszystko, jak to w przypadku emocji, trwa jeszcze długo po ustaniu bodźca. I – jak wynika z badań – negatywnie wpływa na procesy poznawcze, pracę, podejmowanie decyzji. Odczuwający negatywne emocje gorzej zapamiętują, częściej polegają na stereotypach, a nawet stają się bardziej wrażliwi na ból fizyczny.

W dodatku, jak pisze prof. Zbigniew Zaleski w książce „Od zawiści do zemsty”, negatywne emocje mogą więcej w relacjach napsuć niż dobre emocje naprawić. Raz uaktywnione, łatwo się wskrzeszają pod wpływem drobiazgów, nawet jeśli sprawa wydawała się już załatwiona. Same się napędzają – niczym perpetuum mobile. Mówiąc Szekspirem: budzi się potwór zielonooki.

Po drugie: zazdrość i zawiść pojawiają się jedynie,
gdy dotyczą spraw istotnych dla naszej samooceny

Na szczęście nie każda sytuacja, gdy ktoś jest od nas lepszy, powoduje zazdrość. Pojawia się jedynie, gdy chodzi o przewagę w aspekcie ważnym dla własnej samooceny. –Czternastoletnią Chinkę, która wygrywa olimpiady w pływaniu, podziwiam, i nie ma w tym negatywnych emocji. Jeśli jednak druga osoba zajmuje się pisaniem i pisze lepiej ode mnie, to wtedy pojawia się miejsce na zazdrość – mówi Magdalena Łużniak-Piecha. Jeśli nigdy nie grałam na żadnym instrumencie, to nie mam problemu z tym, że ty występujesz na festiwalach. Jednak granice w emocjach są płynne: ty piszesz, a ja gram, ale to ty masz wianuszek fanów i dostajesz nagrody, a ja nie. I przestrzeń na zazdrość się jednak otwiera.

Psychoanalitycy mówią też o złośliwej zawiści, czyli sytuacji, gdy człowiek czuje się tak, jakby sam z tego, czego komuś zazdrości, został ograbiony. Czuje się ofiarą ze wszystkimi tego konsekwencjami. Czasem o krok stąd do potrzeby zemsty.

Nie wszyscy są tak samo podatni na emocję zazdrości. Z badań wynika, że są pewne różnice płciowe – nie tyle w skłonności do przeżywania tych emocji, co w sposobach radzenia sobie z nimi. Np. kobiece przyjaźnie bywają silniej nacechowane lękiem przed zawiścią, która mogłaby uszkodzić, naruszyć tę relację.

Jest jednak grupa ludzi, którzy są – statystycznie – mniej skłonni do zazdrości. To ludzie ze stabilną samooceną. Niekoniecznie wysoką. Stabilność okazuje się w tych kwestiach istotniejsza. – Ci, którzy wiedzą, co potrafią, a czego nie potrafią, nie mają tak silnej potrzeby sprawdzania się i porównywania. Nie wszystko, co się dzieje dookoła, biorą do siebie, nie wszystko niszczy im obraz ich samych i świata – wyjaśnia Magdalena ŁużniakPiecha. – Tak więc zazdroszczą mniej, łatwiej uznają argumenty innych, nie biorąc do siebie całej sytuacji, łatwiej akceptują to, że nie na wszystkim się znają. A wręcz potrafią uznać za swój atut umiejętność powierzenia prawdziwym fachowcom spraw, w których się niedostatecznie orientują.

Niestety, zręby stabilnej samooceny powstają w najwcześniejszym dzieciństwie. Potem jest dużo trudniej zbudować w sobie tak zwaną tożsamość zintegrowaną.

Po trzecie: kultura nas nie wspiera

Punktem startu do uporania się z zazdrością jest zwykle przyznanie się samemu przed sobą, że ją się w ogóle odczuwa. Zbigniew Zaleski pisze w cytowanej już książce „Od zawiści do zemsty”, że już samo głośno wypowiedziane przebaczenie sobie tej „złej” emocji ma efekt wyciszający. Niestety, akurat nasza kultura nie podsuwa nam takich rozwiązań. – Uczy nas ona takiego, a nie innego sposobu komunikowania się, określonych konwencji, ukrywania tego, co myślimy naprawdę, i zastępowania uczuć czymś ogólnie przyjętym – tłumaczy Magdalena Łużniak-Piecha. – Badacz Keith Warburton opisuje dopuszczalne w różnych kulturach sposoby mówienia o sobie samym, od autodeprecjacji do autoafirmacji. W kulturach, w których łatwiej opowiada się o własnych osiągnięciach, o zazdrości mówi się bardziej wprost, więc ludzie łatwiej sobie radzą z tą emocją.

Amerykanie zostawiają sobie sporo miejsca na zazdrość, mówią: I envy you, czyli trochę cię podziwiam, trochę ci zazdroszczę, a trochę mi szkoda, że taki nie jestem, ale: one day, I’m gonna be there (któregoś dnia taki będę; też do tego dojdę). W amerykańskiej psychologii społecznej opisuje się wręcz syndrom Keeping-up-with-Johnsons (dotrzymać kroku Johnsonom), który miałby nakręcać amerykański rozwój gospodarczy. A więc: są jacyś Johnsonowie, rodzina, której wypada chcieć dorównać, bardziej się starając, więcej pracując. Wypada przyznawać się, że się goni Johnsonów. Jeśli to przetłumaczyć na polski – pracuję więcej ostatnio, bo Kryśka Jankowska ma nowe futro – brzmi źle.

Anglikowi, któremu ktoś powie: zazdroszczę ci tej bluzki, wypada odpowiedzieć autoironią: No, całe szczęście, że chociaż bluzka mi się udała. W polskim modelu w ogóle nie ma miejsca na zazdrość pozytywną. Zazdrość jest tabu. – Na komplement o ładnej bluzce u nas należy odpowiedzieć, że stara – zauważa Madalena Łużniak-Piecha. –Powiedzieć: Słuchaj, aż 300 dol., ale warto było, taki designer, a poza tym stać mnie, jest nie do pomyślenia. Co ma zasadniczą negatywną konsekwencję: z emocją, o której się nie mówi, nie sposób się uporać.

Po czwarte: inni manipulują naszą zazdrością

W pracy rola zazdrości jest o tyle szczególna, że to wyjątkowo skuteczny środek manipulacji. Prof. Zbigniew Zaleski podkreśla, że wiedząc, jak niewygodnym jest uczuciem, ludzie często, świadomie lub nie, rozgrywają za jej pomocą wiele sytuacji. Pokazują innym samochody, mieszkania „żeby oko zbielało”, uzyskując w ten sposób poczucie przewagi. Częstą biurowo-zakładową rzeczywistością jest istnienie obok siebie dwóch hierarchii: oficjalnej i nieoficjalnej. Są równi i równiejsi. W walce o bycie tym równiejszym typową strategią jest ostentacyjne przerywanie jednym, nadmierne docenianie innych. Mogę ci przerwać, mogę cię nie docenić, nie dostrzec. Nic skuteczniej od możliwości manipulowania emocjami innych za pomocą zazdrości nie buduje w nas poczucia, że jednak należymy do równiejszych.

Emocją tą – znów świadomie lub nie – manipulują także szefowie. Może nawet najczęściej. Wszyscy w zespole dostają nagrodę, prócz jednej osoby, która ma pozazdrościć i w ten sposób się zmotywować. Albo: zespół dostaje pochwałę, ale z przyganą jednocześnie. Osiągnęli sporo, ale konkurencyjny zespół w tej samej firmie osiągnął jeszcze więcej.

Z badań wynika, że powodowanie takich sytuacji, w których jedni czują się źle z tym, że inni odnoszą sukcesy – demotywuje. Ludziom szczególnie trudno jest współpracować z osobami, którym zazdroszczą. Nieskuteczna jest strategia na wymagającego rodzica: zrobiłeś to dobrze, ale mogłeś jeszcze lepiej, tak jak osoba Iks. Powoduje ona jedynie, że przestajemy lubić osobę Iks.

Dla samej kreatywności w pracy i zaangażowania zazdrość ma korzyści wątpliwe: złość i frustrację powodowaną zazdrością trzeba jakoś rozładować. Najprościej – poprzez znalezienie w swoim gronie kogoś, z kim wspólnie można zdeprecjonować Iksa, poświęcając na to odpowiednio dużo czasu przy automatach z kawą.

Po piąte: jednak można coś z tego mieć

Przeżywanie takich emocji jak zazdrość ma jeden pozytywny skutek: uświadamia nam, że to coś, o co jesteśmy zazdrośni, ma dla nas wymierną wartość. – Pytanie, co z tym zrobimy – mówi dr Magdalena Łużniak-Piecha. – Psycholog zapytałby: co konkretnie czuję w związku z tą sytuacją, jak na to reaguję, w jaki czuły punkt to trafia. Może mój problem polega na tym, że czuję się niedoceniony i nie mam możliwości, by to zmienić. Więc może powinnam poszukać miejsca, które da mi tę możliwość. Może chodzi o to, że nie potrafię negocjować z szefami. Więc może czas się nauczyć. I tak dalej. To wszystko otwiera ­pole do zmiany.

Ale to w przypadku zazdrości. Bo zawiść stawia człowieka przed innym wyzwaniem. On, ona ma dobrze, a ja chcę, żeby miała gorzej. Mogę mu życzyć, żeby mu krowy zdechły albo wręcz krowom w tym pomóc. Nie zajmuję się już swoim życiem, tylko życiem innej osoby. Psycholog znów zapytałby, co będzie dalej, gdy już te krowy zdechną? Co to zmieni w twojej sytuacji w dłuższym rozrachunku? I czy będąc konsekwentnym we wdrażaniu tej akurat strategii, warto marnować energię na uśmiercenie wszystkich krów w okolicy?

Plus jest taki, że gdy już człowiek raz zda sobie sprawę z tego mechanizmu, traci impet, który każe mu rozprawić się z krowami sąsiada. Wystarczy, gdy sobie zada pytanie, czy na pewno, ale to na pewno, jego największym marzeniem jest akurat mieć krowę. A to na pewno warto wiedzieć.

.

Martyna Bunda|tygodnik Polityka

Dodaj komentarz