Biznes na wynajmie lokali. Jak studenci zaczęli zarabiać na zarządzaniu najmem


Case study / wtorek, Lipiec 21st, 2015

Jest po pierwszej w nocy, kiedy do Marka Nadolnego dzwoni policja. Chodzi o Ukraińców. Ktoś chciał ich bić, poszły szyby w oknach. Zabarykadowali się, nie chcą nikogo wpuścić. Marek ubiera się szybko, uważa tylko, żeby nie trzaskać szafkami, nie chce budzić dziewczyny. Nie ma sensu jej niepokoić, prowadzi swoją firmę od kilku miesięcy i nocne telefony czasami się zdarzają.

Marek jedzie razem ze swoim wspólnikiem, Mateuszem Wilkiem. Gdy są na miejscu, widzą, że w drzwiach mieszkania zieje dziura. Ukraińcy kręcą się i bełkoczą jak w gorączce. Policja bez pośpiechu przesłuchuje każdego. Polaków też. Są na nogach do rana. Wtedy Marek uświadamia sobie, że tego już przed właścicielem mieszkania nie ukryją i że trzeba będzie chłopaków wyrzucić. A znajomi ostrzegali: z Ukraińcami będzie problem, nie bierz ich. No trudno.

Niefortunni lokatorzy tłumaczą się: zabalowali – ludzka, studencka rzecz. Wyszli na dwór, wpadli na grupę Polaków. Powiedzieli o kilka słów za dużo. Nie ich wina, że tamci tacy honorowi, gonili ich pod same drzwi, a potem tłukli w nie, aż niosło po całej ulicy.

Marek i Mateusz takich rozmów mają już za sobą kilka. Nie mogą sobie wybaczyć, że dali się podejść jak dzieci i zaufali akurat tym przyjezdnym ze Wschodu. Bo zwiastuny problemów udaje się wychwycić już przy pierwszej rozmowie z takim lokatorem.

– Przechodzi płynnie na “ty”. Wypytuje o sąsiadów – czy starzy, czy uciążliwi? Chce wiedzieć, czy da się tu robić imprezy. Wtedy zapala się czerwona lampka – tłumaczy Marek Nadolny. – Kierunek studiów też dużo mówi. Ci z medycyny będą zbyt zapracowani, żeby hałasować po nocy, ale już studenci prywatnych uczelni mają dużo wolnego czasu i lubią się zabawić. To oczywiście stereotyp, podobnie jak ten, że Ukraińcy stwarzają większe problemy niż inni. Ale, jak widać, czasami się sprawdza.

Markowi i Mateuszowi udaje się chuliganów ostatecznie uchronić przed eksmisją. Na swój koszt załatwiają remont mieszkania

Koszt zawsze biorą na siebie. Gdy lokatorki zrobiły “niekontrolowany” przeciąg i szyba w oknie rozsypała się w drobny mak, Mateusz przyjechał, wymierzył szkło, kupił co trzeba. Tak samo działają, gdy zepsuje się pralka, urwą drzwi od lodówki, spali patelnia. Płacą nawet właścicielom mieszkań czynsz za wszystkich lokatorów.

Również wtedy, gdy tamci nie mają im jak oddać pieniędzy i na zwrot długu trzeba czekać kilka tygodni. Tak w Bydgoszczy od 2012 roku działa firma M4student, prowadzona przez trzech dwudziestokilkulatków.

– W krótkich słowach: nasza firma zajmuje się zarządzaniem najmem. Co to znaczy? Od strony najemców: szukamy lokatorów i później jesteśmy z nimi w stałym kontakcie, naprawiamy usterki, remontujemy. Od strony właściciela: to my podpisujemy z nim umowę najmu. Więc od nas dostaje pieniądze za czynsz i opłaty eksploatacyjne, ma zagwarantowaną opiekę nad lokalem. To, czy ściągniemy należności od studentów, to nie jest jego problem. Właściciel nie musi w ogóle zajmować się swoim mieszkaniem! To duża oszczędność czasu, zwłaszcza jeśli mieszka poza Bydgoszczą – zachwala Marek Nadolny.

Nory, że strach wejść

Pierwszego wspólnika Marek werbuje w Bydgoszczy, w naleśnikarni “Manekin”. To kolega z liceum, Kamil Błaszkiewicz. Marek rozsiada się na drewnianym krześle i sprzedaje swój pomysł na nietypowy biznes. Opowiada historię znajomych, którym właściciel mieszkania nie oddał kaucji. Rozglądają się za nowym lokalem, ale niektóre to takie “nory”, że strach wejść. Marek przekonuje, że można wykorzystać takie sytuacje, żeby zarobić. I to niemało.

Trzy lata później, w 2015 r., Kamil z Markiem i wspólnikami długie miesiące bezskutecznie czekają na 5 tysięcy złotych od lokatora, który pomieszkał sobie w jednym z mieszkań i nagle zniknął. W sądzie wygrywają sprawę, ale co z tego, skoro student rozpłynął się gdzieś w Polsce (lub jeszcze dalej) i nawet rodzina nie ma z nim kontaktu. Ale Kamil, siedząc w naleśnikarni i słuchając pomysłu Marka, jeszcze o tym nie wie.

Wyciąga z konta oszczędności, dokłada do tego, co się Markowi udało odłożyć z pensji trenera siatkówki i za 4 tysiące złotych zlecają zrobienie strony internetowej. – W pierwszym roku pomagał nam Wojtek Raatz, kolega, też z liceum. On wymyślił logo, stworzył portal internetowy i doradzał w kreowaniu wizerunku. Nazwa M4student to autorski pomysł mój i Kamila – mówi Nadolny. Reszta pieniędzy idzie na benzynę. Siedzibę firmy robią sobie na biurku w jego bydgoskim, wynajmowanym mieszkaniu.

Przez ten cały czas Marek czeka cierpliwie, aż inny kolega z liceum, Mateusz Wilk, wróci z Grecji. Mateusza ciągle gdzieś nosi: studiuje turystykę, jeździ po Europie na staże hotelarskie. I choć mieszka w tych o “podwyższonym standardzie” i opala się na plażach, to nie jest to jego świat. – Nie mogłem patrzeć na tych wszystkich ludzi. Bogaci, nadęci, cholernie nieuprzejmi – wspomina. – Żyłem sobie z dnia na dzień, nie miałem planów. No, może poza jednym. Nie utknąć w tym hotelarstwie po studiach! – opowiada.

Marek doskonale wie o tych rozterkach. Dodaje dwa do dwóch i wychodzi mu, że Mateusz jak mało kto pasuje do jego młodziutkiej, ledwie trzymiesięcznej firmy. Długo nie musi go namawiać. I wtedy boleśnie się przekonują, jak wygląda start w biznesie.

Studenci robią zamieszanie

Pierwszy zimny prysznic to spotkania z właścicielami mieszkań. Wyglądają zawsze tak samo: mężczyzna, który ich słucha, nie umie ukryć grymasu. Widzi przed sobą dwóch chłopaczków w kolorowych T-shirtach. Studenciaki mają ze dwadzieścia lat mniej niż on! “Coś kręcą. Cholera wie, co oni naprawdę chcą zrobić w moim mieszkaniu!” – duma. Dopija szybko kawę i żegna się bez uśmiechu. Marek i Kamil skreślają w gazecie kolejne “spalone” ogłoszenie o wynajmie mieszkania. Znów ktoś im nie zaufał, bo wyglądają zbyt młodo.

Drugi zimny prysznic to wizyta w biurze rachunkowym. Chcą wiedzieć, jak mają zarejestrować firmę. Gdy kobieta za biurkiem słyszy, że oferują “opiekę nad mieszkaniem”, robi oczy jak pięciozłotówki. Młodzi biznesmeni przeszukują internet wzdłuż i wszerz, ale w całym kraju nikt nie słyszał o podobnej działalności.

Dopiero pół roku później Marek dowiaduje się, że na Zachodzie na coś takiego mówi się “usługa zarządzania najmem”. Brzmi poważnie, podoba mu się, tym bardziej że M4student już wtedy ma pod opieką osiem mieszkań. Dziś jest ich ponad czterdzieści, nie tylko w Bydgoszczy, ale również w Toruniu. Tam telefony w razie awarii odbiera koleżanka, która robi aplikację prawniczą, więc zwykle i tak nie śpi w nocy.

Meblościanka z dykty może zabić

A telefony zdarzają się takie: „Nie wiem, co się stało, błagam, przyjedźcie, lampkę chyba wysadziło, nie działa!”

Ale Marek Nadolny, student prawa, wiedział, co robić. – Z bydgoskim radcą prawnym, mecenasem Radosławem Olszewskim, stworzyliśmy taki model prowadzenia firmy, który nie łamał prawa. Nie byliśmy przecież pośrednikami, a “opiekunami” czy “zarządcami” mieszkań – zastrzega. Szczegółów pilnie jednak strzeże. Bo konkurencja duża, a rynek ciasny. Gdy wystartowali z M4student, dzwonili do nich pośrednicy z całą masą pytań – od “może chcecie z nami współpracować?”, po “co się tu wyczynia?”.
Kamil jedzie od razu, bo dziewczynie naprawdę głos się łamie. Na lampce – ani śladu zwęglenia. Przyciska włącznik – rzeczywiście, nie działa. Minutę później kręci głową z niedowierzaniem, gdy jego plan ratunkowy wypala. Wystarczyło zmienić żarówkę.

– Na takie dzieci we mgle trafiamy co semestr. Mieszkanie wynajęte przez samych facetów, a ci czasami dzwonią, bo nie potrafią sobie poradzić z prostymi problemami z mieszkaniem, na przykład przetkaniem odpływu lub oczyszczeniem filtru od pralki. Na początku trochę rozpieszczaliśmy swoich lokatorów, jeździliśmy do każdego najmniejszego wezwania. Teraz jak ktoś dzwoni z drobnostką, to mu mówię, daj nam dwa dni. I po dobie jest telefon – już po awarii, nie przyjeżdżaj. Naprawdę, jeszcze dziewczynom można wybaczyć, ale facet, jak trochę pomacha w domu śrubokrętem, to się tylko przygotuje do życia w rodzinie – śmieje się Kamil.

On osobiście bardzo lubi takie machanie narzędziami. Choć dziś zdarza im się to trochę rzadziej, bo do większych remontów lub sprzątania mieszkania po lokatorach, wynajmują profesjonalne firmy. Ale na początku, jak tego wszystkiego było dużo mniej, to sami się tym zajmowali. – Malowanie ścian, naprawianie mebli, wystrój pokoi – proszę bardzo! Człowiek podciągał rękawy i do roboty! – wspomina z uśmiechem Mateusz.

Tym bardziej, że studenci coraz bardziej zwracają uwagę nie tylko na to, w jakiej dzielnicy leży takie mieszkanie i czy nie będą się musieli zbyt wcześnie zrywać na zajęcia, ale również na jego standard. Za meblościankę z dykty można – jak to określają – zostać zabitym śmiechem.

– Gładzie na ścianach lub tapety, nieporysowany parkiet lub panele na podłodze, to już teraz norma – zapewnia Kamil. – Nas to cieszy, jak ktoś zwraca uwagę na wnętrze. Raz, że się musieliśmy nieźle narobić, żeby to tak wyglądało, a dwa, to kto nie wymaga, ten później nie dba. Owszem, za wszystkie zniszczenia ostatecznie studenci muszą nam oddać pieniądze, ale w praktyce bywa ciężko. I czasami musimy sięgać po bat, czyli groźbę, że nie oddamy kaucji.

Przykładowe ceny mieszkań, które znajdziemy w ofercie M4student:

500 złotych – pokój jednoosobowy
800 złotych – pokój dwuosobowy
1000 złotych – kawalerka
1350 złotych – mieszkanie dwupokojowe

Bo twórcy M4student to nie wolontariusze. Studia już skończyli, utrzymują się wyłącznie z prowadzenia firmy. Jeszcze niedawno Marek dorabiał jako drugi trener pierwszoligowego zespołu żeńskiej siatkówki Joker-Mekro w rodzinnym Świeciu. Po przerwie w sezonie zostanie już tylko przy trenowaniu młodzieży, do siatkarek nie wróci. – Z rana firma, potem do 22 treningi, czasu na życie prywatne prawie nie było. Jeszcze kiedy mieszkań było mniej, udawało się to pogodzić. Teraz już ciężej – wzdycha. – A gdzie czas na urlop?

I tak na wolne muszą czekać do jesieni. Wakacje to dla nich szczyt sezonu. Wtedy robią remonty, szukają nowych mieszkań, lokatorów. I dopiero w listopadzie mogą pośmigać we włoskim ośrodku Livigno na snowboardzie, a ich naczelny podróżnik Mateusz znów opala się w Grecji, Hiszpanii lub Francji.

Nawet kiedy mają wolne, dopada ich choroba zawodowa. Mateusza znajomi zaprosili na parapetówkę. Nic to, że od razu odnotował, że kran cieknie, a ściany błagają o kolejną warstwę farby. On już na klatce narzekał, że schody za wąskie i jak będą chcieli zmieniać meble, to się zadręczą. Plecy go bolały od samego patrzenia, tyle się tych szaf nanosił.

42851e7c-f725-49e6-8936-8cd51cba3726

(Dorota Ziemkowska|Money.pl)

 

Dodaj komentarz